wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział IX

Diancecht z zainteresowaniem wpatrywał się w gościa, który chwilę wcześniej wpadł do komnaty, pieczętując za sobą drzwi. Rozległ się huk, jakby ktoś próbował wyrwać je z nawiasów, ale zaklęcie ani drgnęło. Po chwili Lekarz Bogów usłyszał gniewne krzyki i przekleństwa, które powoli się oddalały. Stał w ciszy przy oknie, czekając na reakcję przybysza. Wcześniejsza wizyta Odyna trochę go uspokoiła – przecież nie zaatakują go, skoro sam władca panteonu pozwolił mu zostać. Potrzebował chwili, aby zdecydować, co dalej zrobić. Nie mógł zostać na terytorium obcych bogów – naruszało to wszelkie znane zasady. Może mógłby powrócić na Północ i znów ukrywać się tuż pod nosem druidów? Ostatnie kilkadziesiąt lat spędził w miarę spokojnie, póki nie zdecydował się na idiotyczny akt bohaterstwa.
– Czujesz się już lepiej? – spytał nordycki bóg, odchodząc wreszcie od drzwi. Diancecht przyjrzał się złotym włosom spiętym w warkocz i zielonym oczom. Brak broni. Nieznajomy z pozoru wydawał się nieszkodliwy. Nawet więcej – Celt ze zdziwieniem poczuł, że mu ufa. Już dawno nikomu nie ufał. Ostatni był Dagda, który znał go od urodzenia, a i tak zdradził. Wszyscy zdradzili, bo choć nie próbowali go zabić, nie stanęli w jego obronie. Nawet Brigid.
– Leczę się automatycznie – odpowiedział, siadając na marmurowym parapecie. Asgard był naprawdę pięknym miejscem.
– Nie chodziło mi o urazy fizyczne. Pytam o duszę – wyjaśnił blondyn, stając obok niego. Zdecydowanie za blisko. Ostatnią osobą, która naruszyła tak jego przestrzeń osobistą, był Indracht. Tuż przed tym, jak próbował przeciąć go na pół. Spojrzał na rozmówcę, cofając się zapobiegawczo o krok. Widział go już wcześniej.
– Ty mnie znalazłeś, prawda?
Na ustach blondyna pojawił się szeroki uśmiech. W tej chwili Diancecht stwierdził, że musi być bogiem słońca.
– Tak! Nawet nie wiesz, jak mnie wystraszyłeś. Przechodziliśmy z Thorem przez las szukając Freja, a tu nagle spadasz dosłownie z nieba. Thor złapał cię w ostatnim momencie, bo miałbyś połamane wszystkie kości. Ogólnie to dziwne, że udało ci się przedostać na nasze tereny inną drogą niż Bifrost. Będę musiał o to zapytać Heimdalla…
– Za dużo gadasz.
Cichy śmiech.
– Naprawdę? Wybacz, miałem nadzieję, że poczujesz się bardziej komfortowo. I przestaniesz unikać odpowiedzi na moje pytanie. Może zacznijmy od początku. Jestem Baldur.
Diancecht spojrzał niepewnie na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Czy rozsądnie było się zadawać z akurat tym bogiem?
Skrzywdź Baldura, a sprawimy, że zaczniesz marzyć o śmierci.
Słowa Odyna zawirowały w jego głowie. Nie zamierzał nikogo ranić, ale Trzej Królowie wciąż pragnęli zemsty i wątpił, by przejmowali się dodatkowymi ofiarami. Jednak Odyn twierdził, że ich gniew nie stanowi problemu.
– Diancecht. – Uścisnął jego rękę i szybko puścił, co nie uszło uwadze Baldura.
– Coś nie tak?
– Powiedzmy, że zostałem ostrzeżony – mruknął niepewnie, widząc zirytowanie w zielonych tęczówkach.
– Odyn, prawda? Powiedział ci coś w stylu: Nie zbliżaj się, bo cię zabijemy? Zawsze to robi, nie ma się czym przejmować.
Oczywiście, on nie miał się czym przejmować. To Diancecht zapłaci głową, gdy jedno z nieszczęść, które go ścigają, spadnie na Nordyka. Jego niepewność musiała być doskonale widoczna, bo Baldur westchnął ciężko, podchodząc do stolika przy łóżku. Lekarz Bogów dopiero teraz zauważył swój sztylet, który podarowała mu Aine. Był pewny, że przed wizytą Odyna jeszcze go nie było. Zdziwiony faktem, że Ojciec Bogów oddał mu broń, nie zdążył w porę zareagować, gdy blondyn chwycił rękojeść i wbił ją sobie w gardło.
Rzucił się w jego kierunku, chcąc jak najszybciej zatamować krwawienie. Czy ten idiota był niespełna rozumu? Co próbował mu udowodnić, usiłując się zabić? Jeśli Baldur umrze tuż obok niego, Odyn zamieni mu życie w piekło. Już nie będzie musiał się zamartwiać swoim panteonem. Na szczęście potrafił uzdrawiać. Problem polegał na tym, że nie miał czego. Na szyi nie było ani kropli krwi, podobnie jak na ostrzu. Spojrzał na Baldura, szukając wyjaśnienia. W odpowiedzi otrzymał pełen satysfakcji uśmiech.
– Spokojnie – roześmiał się cicho, widząc zdezorientowanie Celta. – Nic mi nie jest. Żadne ostrze, żadna broń, żadne czary nie mogą mnie zranić. Taki się urodziłem. Jakikolwiek ciężar niesiesz na swoich barkach, możesz się nim podzielić, bo jestem praktycznie niezniszczalny.
– Ależ ja nie mam żadnych problemów.
– Jasne, a ja jestem bogiem śmierci.
– Naprawdę? – Baldur zupełnie nie kojarzył mu się ze śmiercią, ale przecież już nie raz się pomylił.
– Nie. To kłamstwo, takie samo jak twoje – czyli beznadziejne. Jak spędzisz z Lokim trochę czasu, to zaczniesz rozróżniać prawdę od fałszu. Chociaż w twoim przypadku nie jest to konieczne, bo nie potrafisz kłamać.
Nie umiał. Jeszcze nie, ale przecież to nic złego. Czy kłamcy mają dobre życie? Nikt im nie ufa, wszyscy się od nich stronią. Zawsze gdzieś na boku, żyjący wśród niedomówień i fałszu. Diancecht zdecydowanie nie zamierzał zostać kłamcą. Choć kilkadziesiąt lat temu też nie chciał być mordercą.
– Niektórzy uważają to za dobrą cechę – mruknął, siadając na łóżku.
– I ja się do nich zaliczam. Reszta mojej rodziny także. Jeden kłamca w panteonie z pewnością wystarczy. Wracając do ciebie – masz mnóstwo problemów. Wśród nich krew na rękach.
Diancecht zamarł, słysząc zmianę w głosie rozmówcy. Baldur się nie uśmiechał, podrzucając w górę celtycki sztylet. Światło odbiło się w ostrzu tuż przed tym, jak je złapał. Zielone oczy z uwagą wpatrywały się w Lekarza Bogów. Jak można tak szybko zmienić nastawienie? I wyczuć czyjąś winę? Powinien skłamać czy powiedzieć prawdę?
Mamy tu coś, co cenimy bardziej niż prawa. Jest to szczerość.
– Popełniłem pewne błędy, ale oni sami się o to prosili.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że nikt nie prosi się o śmierć? Nie ważne co robią, jak postępują, wszyscy pragną żyć. A ty im to zabrałeś.
– Nie miałem wyjścia. Albo ja, albo oni. I to nie tak, że nie żałuję tego, co zrobiłem. Byłem jednak przyparty do muru. A ty co byś wybrał?
– Zrobiłbym wszystko, aby wrócić do rodziny. Nie zabiłbym nikogo w tym celu, ale to dlatego, że potrafiłbym uciec bez tego. Jeśli naprawdę nie miałeś wyjścia… To nie zrobiłeś nic złego. Każdy ma prawo się bronić.
Może to była prawda, ale to, co zrobił, miało na niego wpływ. Czuł piętno, jakie odcisnęło na jego duszy morderstwo Indrachta i Silvanusa. Bronił się, ale zabranie potem ich mocy… To była zwykła chciwość. Wiedział, że nie powinien tego robić, lecz pragnął siły. Potęgi, która sprawi, że przestanie uciekać jak zaszczute zwierzę. Ukradł coś, co nie należało do niego. I co? Wciąż się ukrywał, drżąc w strachu o własne życie.
Ale to się zmieni. Daj mi się poprowadzić, a sprawię, że Dagda padnie do twych stóp…
Diancecht nienawidził głosu Mocy. Nie ważne jak bardzo się starał, nie potrafił jej uciszyć. To ona sprawiła, że stał się złodziejem.
Uczyniłam cię silniejszym. Jesteś wyjątkowy, Diancechcie…
Miała na niego silny wpływ, a on nie potrafił przeciwstawić się jej pełnym jadu słowom.
Nie daj się stłamsić tym wszystkim kundlom. Zniszcz, jeśli będę ci stali na drodze. Zmiażdż – przecież potrafisz to zrobić. Zmieć ich w pył. Pozwól się prowadzić, a uczynię cię…
– Wszystko w porządku?
Baldur z niepokojem wpatrywał się w Diancechta, który nagle jakby zapadł się w sobie. Jego źrenice rozszerzyły się nienaturalnie, a palce zacisnęły kurczowo na włosach. Nordyk nie wiedział, co jest przyczyną tego dziwnego stanu bóstwa, ale czuł w komnacie czyjąś obecność. Jakby potężna istota pojawiła się znikąd i mąciła Diancechtowi w głowie. Nie wiedział, co robić, dlatego po prostu położył rękę na ramieniu blondyna i spróbował zwrócić na siebie jego uwagę. Z ulgą poczuł, że dziwna istota się wycofuje, sycząc na niego ze złością.
– Nic ci nie jest? – powtórzył pytanie, gdy nie dostał odpowiedzi. Diancecht powoli pokiwał głową. Nie rozumiał, dlaczego Moc ustąpiła, gdy odezwał się Baldur, ale nie zamierzał narzekać. Czas bez tego irytującego głosu był warty spędzenia kilku chwil z Nordykiem.
– Wiesz, twoje automatyczne leczenie chyba nie działa. Jesteś zimny jak kostka lodu.
Lekarz Bogów dopiero teraz zauważył, że temperatura jego ciała była daleka od normalnej. Nigdy mu się to nie zdarzyło – jego organizm uznawał wszelkie zmiany za chorobę i automatycznie je likwidował. Dlatego nigdy nie groziło mu wyziębienie i mógł swobodnie ukrywać się na Północy, gdzie panował chłodniejszy klimat. Teraz jednak trząsł się z zimna, a jego umiejętności były bezużyteczne. Nie wiedział co robić. Głos Mocy jeszcze nigdy nie wywoływał takich skutków.
– Poczekaj, może poszukam Sol albo kogoś innego od ciepła… Nawet Loki by się nadał…
Nie słuchał tego, co mówił Baldur. Z przerażeniem patrzył jak z jego ust wydobywa się mgiełka, a dłoń powoli pokrywa się lodem. Nordyk szybko zabrał rękę z jego ramienia, bo ona także zaczęła zamarzać. Wahał się pomiędzy pozostaniem z Diancechtem a wezwaniem pomocy.
W tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem, ukazując Odyna, który złamał znajdującą się na nich pieczęć. Chwilę później w Diancechta uderzył piorun.

***
Głowa bolała go niemiłosiernie, a ciało wydawało się sparaliżowane. Nic dziwnego, skoro oberwał piorunem. Dopiero gdy otworzył oczy i przyzwyczaił wzrok do palącego się nad nim żyrandola, poczuł, że może się ruszać. Wszystkie obrażenia się zagoiły, pozostawiając po sobie tępy ból. Przynajmniej nie był lodowym posągiem.
– Bardzo cię przepraszam. – Obok pojawił się Baldur, spoglądając na niego ze zmartwieniem. – Cały zamarzałeś i nie miałem pojęcia dlaczego, a Sol znów była w swojej podróży. Loki gdzieś zniknął, więc stwierdziłem, że jedynym wyjściem jest porażenie cię piorunem… Podczas uderzenia powstaje ciepło, a ty właśnie tego potrzebowałeś. Uznałem, że warto spróbować, a ty się sam uzdrowisz. Mam nadzieję, że nie jesteś zły.
– Niekoniecznie – mruknął. Nie miał nic przeciwko byciu żywym. – Ale oddałbym wszystko za trochę wody.
– Wszystko? – Baldur uniósł brwi ze zdziwienia. – Uważaj na to, co mówisz. Najpierw porozmawiamy, a potem dam ci to, o co prosiłeś.
Diancecht westchnął ciężko. Oczywiście – dobieraj słowa ostrożnie, bo może być to wykorzystane przeciw tobie.
– Ojciec powiedział, że jesteś Celtem – zaczął blondyn. Lekarz Bogów nie zdążył nawet odpowiedzieć. – Teraz rozumiem, dlaczego twoja dusza jest taka strzaskana. U nas mówi się, że dla Celtów najgorszą karą jest nie śmierć a samotność. A skoro uciekasz przed gniewem Trzech Władców, to przez lata musiałeś być sam. To tłumaczy, dlaczego jesteś w takim stanie. Wiesz, jeszcze chwila, a przestaniesz być stabilny psychicznie. Nie ważne co byśmy robili, potrzebujemy towarzystwa innych istot. A twoja dusza została roztrzaskana na kawałki razem z zaufaniem, a teraz płacze w samotności. Mogę ci pomóc, jeśli mi na to pozwolisz.
– Skąd mógłbyś to wiedzieć?
– Jestem bogiem dobra i mądrości, choć czasem ciężko w to uwierzyć. Po prostu widzę, co skrywają cudze serca i dusze. A twoja… Już dawno nie widziałem czegoś tak strasznego. Ostatni bóg z takimi ranami popełnił samobójstwo. Nie chciałbym, aby ciebie to spotkało.
Diancecht prawie nie parsknął śmiechem. Samobójstwo? Nie czuł się dobrze, naprawdę tęsknił, choćby za Brigid i Ogmą, ale żeby odebrać sobie życie? Po tym jak desperacko uciekał, aby je zachować? Nie wierzył, że mógłby być zdolny do takiej głupoty. Chociaż… Podczas walki z Indrachtem była sekunda, kiedy chciał się poddać, odpuścić… O to chodziło?
– Nawet jeśli masz rację, to nie twoja sprawa. Zostałem ostrzeżony i sam sobie z tym poradzę…
– Chcesz walczyć sam z samotnością? To idiotyczne – przerwał mu Baldur.
– To nie jest twoja sprawa – powtórzył, podnosząc lekko głos. Bał się. Bał się znów pozwolić się komuś poznać, dopuścić go do siebie.
– Problemy przyjaciół są moją sprawą – warknął Baldur. Nie zamierzał odpuścić. Bogom trudno się zabić, ale jest to możliwe. To on znalazł ciało Leifa. Widok był tak okropny, że czasem wciąż powracał w koszmarach sennych. Przedtem nie zwrócił na niego uwagi, ale teraz nie popełni tego błędu.
– Nie jesteśmy przyjaciółmi. Musiałbym ci zaufać, a nie jestem tego w stanie zrobić.
Nie po tym, jak wszyscy go zdradzili, zostawiając wielką ranę w sercu. Jeśli nikomu nie będziesz ufał, to nikt nie będzie mógł cię zawieść. Proste.
– Ale nimi będziemy. Nie musisz mi od razu ufać – to byłoby głupie. Mogę poczekać. Nie mam wielu wad, ale nie potrafię pozostawić skrzywdzonych bogów na pastwę losu. Nawet jeśli są z innego panteonu – oświadczył pewnie Baldur, uśmiechając się lekko.
– Chcesz powiedzieć, że przygarniesz mnie niczym zagubioną owieczkę? – spytał z sarkazmem Celt.
– Biorąc pod uwagę twoje dokonania, to przygarnę raczej wilka.
– Na szczęście mamy z nimi doświadczenie.
Diancecht spojrzał w kierunku boga, który wtrącił się w ich rozmowę. Mężczyzna miał posturę wojownika, z łatwością wyobraził go sobie trzymającego wielki miecz. Brązowe włosy były krótko ścięte, aby nie przeszkadzały w walce, a twarz pokrywał mu lekki zarost. Sprawiał wrażenie ciężkiego, ale potrafił się poruszać niesamowicie cicho. Lekarz Bogów nawet nie zauważył, gdy ten wszedł do pokoju. Mężczyzna podszedł do nich i stanął nad Baldurem, zaplatając ręce na piersi i mierząc Diancechta ostrożnym spojrzeniem. Po chwili jednak jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a on zaczął przypominać bardziej wesołego zawadiakę niż wytrawnego wojownika.
– Jestem Thor. Twój nowy kompan do polowań, picia i bijatyk. I starszy brat Baldura – dodał z dumą, ciągnąc blondyna za warkocz. W odpowiedzi został popchnięty w bok, gdzie wpadł na stolik nocny.
– Zawsze się tym chwali – parsknął Baldur, z udawanym niezadowoleniem przyglądając się zniszczonej fryzurze. – Pierwszy do bitew i napadów, a potem do zabawy. Jednak uprzedzam, Diancechcie, że jak się upije, to zaczyna lamentować nad tym, że Sif nie zwraca na niego uwagi i wymyśla pieśni pochwalne na jej cześć. Okropnie śpiewa.
– A ty przestawiasz mnie z okropnej strony. Jeszcze nasz gość może odnieść wrażenie, że mnie nie kochasz, bracie.
Diancecht stwierdził, że nie dało się odnieść takiego wrażenia. Troska, jaką Thor otaczał Baldura, wręcz od niego promieniowała. Nie dało się też nie zauważyć zmartwienia, które pojawiło się w oczach boga dobra, gdy z uśmiechem na ustach wspominał o wyprawach brata.
– Ależ nic podobnego, Thorze. Każdy wie, że wręcz wielbię ziemię, po której stąpasz – mruknął z sarkazmem Nordyk, obrzucając brata kpiącym spojrzeniem. Bóg piorunów tylko westchnął. Przynajmniej Baldur przestał myśleć o koszmarach.
– Jako twój starszy brat przypominam ci przynajmniej o pozorach gościnności.
Dopiero teraz Diancecht uświadomił sobie, jak dawno nic nie jadł. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, już stał na własnych nogach, ciągnięty przez Baldura do drzwi. Potknął się lekko, a dłoń Thora zacisnęła się na jego ramieniu, pomagając utrzymać równowagę.
– Bardzo przepraszam, kompletnie zapomniałem o tym, że nic nie jadłeś. Jeśli pójdziesz prosto, bez problemu trafisz do jadalni. Takie wielkie drzwi ze złotymi zdobieniami na końcu korytarza. Zaraz do ciebie dołączymy. – Baldur popchnął go we właściwym kierunku. Celt uniósł zdziwiony brwi, ale ruszył we wskazaną stronę, zostawiając za sobą Nordyków.
– Czułeś coś? – spytał Baldur, gdy Diancecht oddalił się na wystarczającą odległość.
– Nie, teraz był tam tylko on. Brak śladów tej dziwnej obecności, która prawie go zabiła.
Thor próbował coś znaleźć, choćby mały ślad, ale wszystko zniknęło. Ktoś, kto mieszał Celtowi w głowie, całkowicie się od niego odciął. Jednak bóg piorunów był pewny, że niedługo wróci.
– Może się pomyliłem?
– I on prawie zamarzł bez powodu? Daj spokój, Baldurze. Wszyscy w zamku wyczuli tą dziwną istotę. Była potężna, bardzo potężna. Powinieneś uważać. Odyn mówił, że wyczuł gniew. Nie był on skierowany na Diancechta, tylko na ciebie. Najwyraźniej twoja obecność i energia przeszkadzają temu bytowi.
Dłonie Thora zacisnęły się na rękojeści młota. Sama myśl, że ktoś może zagrażać Baldurowi, sprawiała, że miał ochotę zamknąć go w skarbcu i stanąć na straży.
– Uspokój się, umiem się bronić. A w razie czego…Przecież mam jeszcze ciebie.
Baldur uśmiechnął się lekko. To było dla nich normalne. Thor chronił go przez atakami, a on dbał o to, by brat nie zanurzył się zbytnio we krwi.
– Nie tylko mnie. Masz cały Asgard, swoją rodzinę.
– On nie ma nikogo – mruknął bóg, zerkając w kierunku Diancechta. Jego brat nie odpowiedział, a cisza się przedłużała.
– Myślisz, że zostanie na dłużej? – spytał wreszcie Thor, obserwując odchodzącego Celta. Nie miałby nic przeciwko temu – bóstwo wydawało się nie mieć złych zamiarów, a Baldur go polubił. Jego brat miał zwykle dobrą intuicję. Chyba, że chodziło o Lokiego, ale nim Thor sam się zajmie.
– Sądzę, że nie ma innego wyjścia. Na ziemi i w panteonie celtyckim czeka go śmierć.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po prostu brak mi słów. Uczczę ten rozdział minutą ciszy. Zarówno treść, jak i czas, który na niego musieliście czekać. rozdiał w większości przegadany, prawie brak akcji. Strasznie wypadłam z rytmu, zapomniałam jakie charaktery mają bohaterowie i wyszło to.
Następny rozdział pewnie jakoś za miesiąc. Niby wakacje, a i tak nic mi się nie chce. Nawet sprawdzić rozdziału. 
Zachęcam do wyrażenia swojej opinii w komentarzach. 
Pozdrawiam,
Mentrix




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mia Land of Grafic