wtorek, 8 sierpnia 2017

Rozdział IX

Diancecht z zainteresowaniem wpatrywał się w gościa, który chwilę wcześniej wpadł do komnaty, pieczętując za sobą drzwi. Rozległ się huk, jakby ktoś próbował wyrwać je z nawiasów, ale zaklęcie ani drgnęło. Po chwili Lekarz Bogów usłyszał gniewne krzyki i przekleństwa, które powoli się oddalały. Stał w ciszy przy oknie, czekając na reakcję przybysza. Wcześniejsza wizyta Odyna trochę go uspokoiła – przecież nie zaatakują go, skoro sam władca panteonu pozwolił mu zostać. Potrzebował chwili, aby zdecydować, co dalej zrobić. Nie mógł zostać na terytorium obcych bogów – naruszało to wszelkie znane zasady. Może mógłby powrócić na Północ i znów ukrywać się tuż pod nosem druidów? Ostatnie kilkadziesiąt lat spędził w miarę spokojnie, póki nie zdecydował się na idiotyczny akt bohaterstwa.
– Czujesz się już lepiej? – spytał nordycki bóg, odchodząc wreszcie od drzwi. Diancecht przyjrzał się złotym włosom spiętym w warkocz i zielonym oczom. Brak broni. Nieznajomy z pozoru wydawał się nieszkodliwy. Nawet więcej – Celt ze zdziwieniem poczuł, że mu ufa. Już dawno nikomu nie ufał. Ostatni był Dagda, który znał go od urodzenia, a i tak zdradził. Wszyscy zdradzili, bo choć nie próbowali go zabić, nie stanęli w jego obronie. Nawet Brigid.
– Leczę się automatycznie – odpowiedział, siadając na marmurowym parapecie. Asgard był naprawdę pięknym miejscem.
– Nie chodziło mi o urazy fizyczne. Pytam o duszę – wyjaśnił blondyn, stając obok niego. Zdecydowanie za blisko. Ostatnią osobą, która naruszyła tak jego przestrzeń osobistą, był Indracht. Tuż przed tym, jak próbował przeciąć go na pół. Spojrzał na rozmówcę, cofając się zapobiegawczo o krok. Widział go już wcześniej.
– Ty mnie znalazłeś, prawda?
Na ustach blondyna pojawił się szeroki uśmiech. W tej chwili Diancecht stwierdził, że musi być bogiem słońca.
– Tak! Nawet nie wiesz, jak mnie wystraszyłeś. Przechodziliśmy z Thorem przez las szukając Freja, a tu nagle spadasz dosłownie z nieba. Thor złapał cię w ostatnim momencie, bo miałbyś połamane wszystkie kości. Ogólnie to dziwne, że udało ci się przedostać na nasze tereny inną drogą niż Bifrost. Będę musiał o to zapytać Heimdalla…
– Za dużo gadasz.
Cichy śmiech.
– Naprawdę? Wybacz, miałem nadzieję, że poczujesz się bardziej komfortowo. I przestaniesz unikać odpowiedzi na moje pytanie. Może zacznijmy od początku. Jestem Baldur.
Diancecht spojrzał niepewnie na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Czy rozsądnie było się zadawać z akurat tym bogiem?
Skrzywdź Baldura, a sprawimy, że zaczniesz marzyć o śmierci.
Słowa Odyna zawirowały w jego głowie. Nie zamierzał nikogo ranić, ale Trzej Królowie wciąż pragnęli zemsty i wątpił, by przejmowali się dodatkowymi ofiarami. Jednak Odyn twierdził, że ich gniew nie stanowi problemu.
– Diancecht. – Uścisnął jego rękę i szybko puścił, co nie uszło uwadze Baldura.
– Coś nie tak?
– Powiedzmy, że zostałem ostrzeżony – mruknął niepewnie, widząc zirytowanie w zielonych tęczówkach.
– Odyn, prawda? Powiedział ci coś w stylu: Nie zbliżaj się, bo cię zabijemy? Zawsze to robi, nie ma się czym przejmować.
Oczywiście, on nie miał się czym przejmować. To Diancecht zapłaci głową, gdy jedno z nieszczęść, które go ścigają, spadnie na Nordyka. Jego niepewność musiała być doskonale widoczna, bo Baldur westchnął ciężko, podchodząc do stolika przy łóżku. Lekarz Bogów dopiero teraz zauważył swój sztylet, który podarowała mu Aine. Był pewny, że przed wizytą Odyna jeszcze go nie było. Zdziwiony faktem, że Ojciec Bogów oddał mu broń, nie zdążył w porę zareagować, gdy blondyn chwycił rękojeść i wbił ją sobie w gardło.
Rzucił się w jego kierunku, chcąc jak najszybciej zatamować krwawienie. Czy ten idiota był niespełna rozumu? Co próbował mu udowodnić, usiłując się zabić? Jeśli Baldur umrze tuż obok niego, Odyn zamieni mu życie w piekło. Już nie będzie musiał się zamartwiać swoim panteonem. Na szczęście potrafił uzdrawiać. Problem polegał na tym, że nie miał czego. Na szyi nie było ani kropli krwi, podobnie jak na ostrzu. Spojrzał na Baldura, szukając wyjaśnienia. W odpowiedzi otrzymał pełen satysfakcji uśmiech.
– Spokojnie – roześmiał się cicho, widząc zdezorientowanie Celta. – Nic mi nie jest. Żadne ostrze, żadna broń, żadne czary nie mogą mnie zranić. Taki się urodziłem. Jakikolwiek ciężar niesiesz na swoich barkach, możesz się nim podzielić, bo jestem praktycznie niezniszczalny.
– Ależ ja nie mam żadnych problemów.
– Jasne, a ja jestem bogiem śmierci.
– Naprawdę? – Baldur zupełnie nie kojarzył mu się ze śmiercią, ale przecież już nie raz się pomylił.
– Nie. To kłamstwo, takie samo jak twoje – czyli beznadziejne. Jak spędzisz z Lokim trochę czasu, to zaczniesz rozróżniać prawdę od fałszu. Chociaż w twoim przypadku nie jest to konieczne, bo nie potrafisz kłamać.
Nie umiał. Jeszcze nie, ale przecież to nic złego. Czy kłamcy mają dobre życie? Nikt im nie ufa, wszyscy się od nich stronią. Zawsze gdzieś na boku, żyjący wśród niedomówień i fałszu. Diancecht zdecydowanie nie zamierzał zostać kłamcą. Choć kilkadziesiąt lat temu też nie chciał być mordercą.
– Niektórzy uważają to za dobrą cechę – mruknął, siadając na łóżku.
– I ja się do nich zaliczam. Reszta mojej rodziny także. Jeden kłamca w panteonie z pewnością wystarczy. Wracając do ciebie – masz mnóstwo problemów. Wśród nich krew na rękach.
Diancecht zamarł, słysząc zmianę w głosie rozmówcy. Baldur się nie uśmiechał, podrzucając w górę celtycki sztylet. Światło odbiło się w ostrzu tuż przed tym, jak je złapał. Zielone oczy z uwagą wpatrywały się w Lekarza Bogów. Jak można tak szybko zmienić nastawienie? I wyczuć czyjąś winę? Powinien skłamać czy powiedzieć prawdę?
Mamy tu coś, co cenimy bardziej niż prawa. Jest to szczerość.
– Popełniłem pewne błędy, ale oni sami się o to prosili.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, że nikt nie prosi się o śmierć? Nie ważne co robią, jak postępują, wszyscy pragną żyć. A ty im to zabrałeś.
– Nie miałem wyjścia. Albo ja, albo oni. I to nie tak, że nie żałuję tego, co zrobiłem. Byłem jednak przyparty do muru. A ty co byś wybrał?
– Zrobiłbym wszystko, aby wrócić do rodziny. Nie zabiłbym nikogo w tym celu, ale to dlatego, że potrafiłbym uciec bez tego. Jeśli naprawdę nie miałeś wyjścia… To nie zrobiłeś nic złego. Każdy ma prawo się bronić.
Może to była prawda, ale to, co zrobił, miało na niego wpływ. Czuł piętno, jakie odcisnęło na jego duszy morderstwo Indrachta i Silvanusa. Bronił się, ale zabranie potem ich mocy… To była zwykła chciwość. Wiedział, że nie powinien tego robić, lecz pragnął siły. Potęgi, która sprawi, że przestanie uciekać jak zaszczute zwierzę. Ukradł coś, co nie należało do niego. I co? Wciąż się ukrywał, drżąc w strachu o własne życie.
Ale to się zmieni. Daj mi się poprowadzić, a sprawię, że Dagda padnie do twych stóp…
Diancecht nienawidził głosu Mocy. Nie ważne jak bardzo się starał, nie potrafił jej uciszyć. To ona sprawiła, że stał się złodziejem.
Uczyniłam cię silniejszym. Jesteś wyjątkowy, Diancechcie…
Miała na niego silny wpływ, a on nie potrafił przeciwstawić się jej pełnym jadu słowom.
Nie daj się stłamsić tym wszystkim kundlom. Zniszcz, jeśli będę ci stali na drodze. Zmiażdż – przecież potrafisz to zrobić. Zmieć ich w pył. Pozwól się prowadzić, a uczynię cię…
– Wszystko w porządku?
Baldur z niepokojem wpatrywał się w Diancechta, który nagle jakby zapadł się w sobie. Jego źrenice rozszerzyły się nienaturalnie, a palce zacisnęły kurczowo na włosach. Nordyk nie wiedział, co jest przyczyną tego dziwnego stanu bóstwa, ale czuł w komnacie czyjąś obecność. Jakby potężna istota pojawiła się znikąd i mąciła Diancechtowi w głowie. Nie wiedział, co robić, dlatego po prostu położył rękę na ramieniu blondyna i spróbował zwrócić na siebie jego uwagę. Z ulgą poczuł, że dziwna istota się wycofuje, sycząc na niego ze złością.
– Nic ci nie jest? – powtórzył pytanie, gdy nie dostał odpowiedzi. Diancecht powoli pokiwał głową. Nie rozumiał, dlaczego Moc ustąpiła, gdy odezwał się Baldur, ale nie zamierzał narzekać. Czas bez tego irytującego głosu był warty spędzenia kilku chwil z Nordykiem.
– Wiesz, twoje automatyczne leczenie chyba nie działa. Jesteś zimny jak kostka lodu.
Lekarz Bogów dopiero teraz zauważył, że temperatura jego ciała była daleka od normalnej. Nigdy mu się to nie zdarzyło – jego organizm uznawał wszelkie zmiany za chorobę i automatycznie je likwidował. Dlatego nigdy nie groziło mu wyziębienie i mógł swobodnie ukrywać się na Północy, gdzie panował chłodniejszy klimat. Teraz jednak trząsł się z zimna, a jego umiejętności były bezużyteczne. Nie wiedział co robić. Głos Mocy jeszcze nigdy nie wywoływał takich skutków.
– Poczekaj, może poszukam Sol albo kogoś innego od ciepła… Nawet Loki by się nadał…
Nie słuchał tego, co mówił Baldur. Z przerażeniem patrzył jak z jego ust wydobywa się mgiełka, a dłoń powoli pokrywa się lodem. Nordyk szybko zabrał rękę z jego ramienia, bo ona także zaczęła zamarzać. Wahał się pomiędzy pozostaniem z Diancechtem a wezwaniem pomocy.
W tym momencie drzwi otworzyły się z hukiem, ukazując Odyna, który złamał znajdującą się na nich pieczęć. Chwilę później w Diancechta uderzył piorun.

***
Głowa bolała go niemiłosiernie, a ciało wydawało się sparaliżowane. Nic dziwnego, skoro oberwał piorunem. Dopiero gdy otworzył oczy i przyzwyczaił wzrok do palącego się nad nim żyrandola, poczuł, że może się ruszać. Wszystkie obrażenia się zagoiły, pozostawiając po sobie tępy ból. Przynajmniej nie był lodowym posągiem.
– Bardzo cię przepraszam. – Obok pojawił się Baldur, spoglądając na niego ze zmartwieniem. – Cały zamarzałeś i nie miałem pojęcia dlaczego, a Sol znów była w swojej podróży. Loki gdzieś zniknął, więc stwierdziłem, że jedynym wyjściem jest porażenie cię piorunem… Podczas uderzenia powstaje ciepło, a ty właśnie tego potrzebowałeś. Uznałem, że warto spróbować, a ty się sam uzdrowisz. Mam nadzieję, że nie jesteś zły.
– Niekoniecznie – mruknął. Nie miał nic przeciwko byciu żywym. – Ale oddałbym wszystko za trochę wody.
– Wszystko? – Baldur uniósł brwi ze zdziwienia. – Uważaj na to, co mówisz. Najpierw porozmawiamy, a potem dam ci to, o co prosiłeś.
Diancecht westchnął ciężko. Oczywiście – dobieraj słowa ostrożnie, bo może być to wykorzystane przeciw tobie.
– Ojciec powiedział, że jesteś Celtem – zaczął blondyn. Lekarz Bogów nie zdążył nawet odpowiedzieć. – Teraz rozumiem, dlaczego twoja dusza jest taka strzaskana. U nas mówi się, że dla Celtów najgorszą karą jest nie śmierć a samotność. A skoro uciekasz przed gniewem Trzech Władców, to przez lata musiałeś być sam. To tłumaczy, dlaczego jesteś w takim stanie. Wiesz, jeszcze chwila, a przestaniesz być stabilny psychicznie. Nie ważne co byśmy robili, potrzebujemy towarzystwa innych istot. A twoja dusza została roztrzaskana na kawałki razem z zaufaniem, a teraz płacze w samotności. Mogę ci pomóc, jeśli mi na to pozwolisz.
– Skąd mógłbyś to wiedzieć?
– Jestem bogiem dobra i mądrości, choć czasem ciężko w to uwierzyć. Po prostu widzę, co skrywają cudze serca i dusze. A twoja… Już dawno nie widziałem czegoś tak strasznego. Ostatni bóg z takimi ranami popełnił samobójstwo. Nie chciałbym, aby ciebie to spotkało.
Diancecht prawie nie parsknął śmiechem. Samobójstwo? Nie czuł się dobrze, naprawdę tęsknił, choćby za Brigid i Ogmą, ale żeby odebrać sobie życie? Po tym jak desperacko uciekał, aby je zachować? Nie wierzył, że mógłby być zdolny do takiej głupoty. Chociaż… Podczas walki z Indrachtem była sekunda, kiedy chciał się poddać, odpuścić… O to chodziło?
– Nawet jeśli masz rację, to nie twoja sprawa. Zostałem ostrzeżony i sam sobie z tym poradzę…
– Chcesz walczyć sam z samotnością? To idiotyczne – przerwał mu Baldur.
– To nie jest twoja sprawa – powtórzył, podnosząc lekko głos. Bał się. Bał się znów pozwolić się komuś poznać, dopuścić go do siebie.
– Problemy przyjaciół są moją sprawą – warknął Baldur. Nie zamierzał odpuścić. Bogom trudno się zabić, ale jest to możliwe. To on znalazł ciało Leifa. Widok był tak okropny, że czasem wciąż powracał w koszmarach sennych. Przedtem nie zwrócił na niego uwagi, ale teraz nie popełni tego błędu.
– Nie jesteśmy przyjaciółmi. Musiałbym ci zaufać, a nie jestem tego w stanie zrobić.
Nie po tym, jak wszyscy go zdradzili, zostawiając wielką ranę w sercu. Jeśli nikomu nie będziesz ufał, to nikt nie będzie mógł cię zawieść. Proste.
– Ale nimi będziemy. Nie musisz mi od razu ufać – to byłoby głupie. Mogę poczekać. Nie mam wielu wad, ale nie potrafię pozostawić skrzywdzonych bogów na pastwę losu. Nawet jeśli są z innego panteonu – oświadczył pewnie Baldur, uśmiechając się lekko.
– Chcesz powiedzieć, że przygarniesz mnie niczym zagubioną owieczkę? – spytał z sarkazmem Celt.
– Biorąc pod uwagę twoje dokonania, to przygarnę raczej wilka.
– Na szczęście mamy z nimi doświadczenie.
Diancecht spojrzał w kierunku boga, który wtrącił się w ich rozmowę. Mężczyzna miał posturę wojownika, z łatwością wyobraził go sobie trzymającego wielki miecz. Brązowe włosy były krótko ścięte, aby nie przeszkadzały w walce, a twarz pokrywał mu lekki zarost. Sprawiał wrażenie ciężkiego, ale potrafił się poruszać niesamowicie cicho. Lekarz Bogów nawet nie zauważył, gdy ten wszedł do pokoju. Mężczyzna podszedł do nich i stanął nad Baldurem, zaplatając ręce na piersi i mierząc Diancechta ostrożnym spojrzeniem. Po chwili jednak jego usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu, a on zaczął przypominać bardziej wesołego zawadiakę niż wytrawnego wojownika.
– Jestem Thor. Twój nowy kompan do polowań, picia i bijatyk. I starszy brat Baldura – dodał z dumą, ciągnąc blondyna za warkocz. W odpowiedzi został popchnięty w bok, gdzie wpadł na stolik nocny.
– Zawsze się tym chwali – parsknął Baldur, z udawanym niezadowoleniem przyglądając się zniszczonej fryzurze. – Pierwszy do bitew i napadów, a potem do zabawy. Jednak uprzedzam, Diancechcie, że jak się upije, to zaczyna lamentować nad tym, że Sif nie zwraca na niego uwagi i wymyśla pieśni pochwalne na jej cześć. Okropnie śpiewa.
– A ty przestawiasz mnie z okropnej strony. Jeszcze nasz gość może odnieść wrażenie, że mnie nie kochasz, bracie.
Diancecht stwierdził, że nie dało się odnieść takiego wrażenia. Troska, jaką Thor otaczał Baldura, wręcz od niego promieniowała. Nie dało się też nie zauważyć zmartwienia, które pojawiło się w oczach boga dobra, gdy z uśmiechem na ustach wspominał o wyprawach brata.
– Ależ nic podobnego, Thorze. Każdy wie, że wręcz wielbię ziemię, po której stąpasz – mruknął z sarkazmem Nordyk, obrzucając brata kpiącym spojrzeniem. Bóg piorunów tylko westchnął. Przynajmniej Baldur przestał myśleć o koszmarach.
– Jako twój starszy brat przypominam ci przynajmniej o pozorach gościnności.
Dopiero teraz Diancecht uświadomił sobie, jak dawno nic nie jadł. Zanim jednak zdążył coś powiedzieć, już stał na własnych nogach, ciągnięty przez Baldura do drzwi. Potknął się lekko, a dłoń Thora zacisnęła się na jego ramieniu, pomagając utrzymać równowagę.
– Bardzo przepraszam, kompletnie zapomniałem o tym, że nic nie jadłeś. Jeśli pójdziesz prosto, bez problemu trafisz do jadalni. Takie wielkie drzwi ze złotymi zdobieniami na końcu korytarza. Zaraz do ciebie dołączymy. – Baldur popchnął go we właściwym kierunku. Celt uniósł zdziwiony brwi, ale ruszył we wskazaną stronę, zostawiając za sobą Nordyków.
– Czułeś coś? – spytał Baldur, gdy Diancecht oddalił się na wystarczającą odległość.
– Nie, teraz był tam tylko on. Brak śladów tej dziwnej obecności, która prawie go zabiła.
Thor próbował coś znaleźć, choćby mały ślad, ale wszystko zniknęło. Ktoś, kto mieszał Celtowi w głowie, całkowicie się od niego odciął. Jednak bóg piorunów był pewny, że niedługo wróci.
– Może się pomyliłem?
– I on prawie zamarzł bez powodu? Daj spokój, Baldurze. Wszyscy w zamku wyczuli tą dziwną istotę. Była potężna, bardzo potężna. Powinieneś uważać. Odyn mówił, że wyczuł gniew. Nie był on skierowany na Diancechta, tylko na ciebie. Najwyraźniej twoja obecność i energia przeszkadzają temu bytowi.
Dłonie Thora zacisnęły się na rękojeści młota. Sama myśl, że ktoś może zagrażać Baldurowi, sprawiała, że miał ochotę zamknąć go w skarbcu i stanąć na straży.
– Uspokój się, umiem się bronić. A w razie czego… Przecież mam jeszcze ciebie.
Baldur uśmiechnął się lekko. To było dla nich normalne. Thor chronił go przez atakami, a on dbał o to, by brat nie zanurzył się zbytnio we krwi.
– Nie tylko mnie. Masz cały Asgard, swoją rodzinę.
– On nie ma nikogo – mruknął bóg, zerkając w kierunku Diancechta. Jego brat nie odpowiedział, a cisza się przedłużała.
– Myślisz, że zostanie na dłużej? – spytał wreszcie Thor, obserwując odchodzącego Celta. Nie miałby nic przeciwko temu – bóstwo wydawało się nie mieć złych zamiarów, a Baldur go polubił. Jego brat miał zwykle dobrą intuicję. Chyba, że chodziło o Lokiego, ale nim Thor sam się zajmie.
– Sądzę, że nie ma innego wyjścia. Na ziemi i w panteonie celtyckim czeka go śmierć.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Po prostu brak mi słów. Uczczę ten rozdział minutą ciszy. Zarówno treść, jak i czas, który na niego musieliście czekać. rozdiał w większości przegadany, prawie brak akcji. Strasznie wypadłam z rytmu, zapomniałam jakie charaktery mają bohaterowie i wyszło to.
Następny rozdział pewnie jakoś za miesiąc. Niby wakacje, a i tak nic mi się nie chce. Nawet sprawdzić rozdziału. 
Zachęcam do wyrażenia swojej opinii w komentarzach. 
Pozdrawiam,
Mentrix




piątek, 27 stycznia 2017

Informacja

Witam!
Przybywam do was z dość nieciekawą informacją. Zastanawiałam się długo, nie mogąc podjąć decyzji, ale tak chyba będzie najlepiej.

Wstrzymuję działalność na tym blogu. 

Na pewno tu wrócę i dokończę moją historię, ponieważ mam pełno pomysłów, ale na razie zaprzestanę dodawania rozdziałów. Będę je pisać do szuflady, gdy najdzie mnie wena. Dzięki temu, gdy tu wrócę (zapewne okolice wakacji), rozdziały zaczną pojawiać się w miarę regularnie. 
W tym czasie zamierzam skupić się na pisaniu jednego bloga, aby popchnąć na nim akcję jak najbardziej do przodu. Nie ma sensu pisanie trzech rzeczy jednocześnie, ponieważ dzieją się one w zupełnie innych światach, które rządzą się zupełnie innymi prawami. Sama zaczynam się gubić, a rozdziały pojawiają się rzadziej niż raz na miesiąc, przez co czytelnicy zapominają, co było w ostatnim.
Podsumowując: wracam w okolicach wakacji z nowymi rozdziałami. Możecie być pewni, że nie porzucę tego bloga, bo pomysłów mam multum, muszę tylko doprowadzić akcję do pewnego momentu i potem pójdzie już z górki.
Tymczasem zamierzam zająć się drugim blogiem, na którego serdecznie zapraszam (Link).
Pozdrawiam,
Mentrix

sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział VIII

W Dziewięciu Krainach można było znaleźć wszystko. Od pełnego lodu, mgły i zimna Niflheimu, gdzie nad duszami zmarłych króluje Hel, przez zamieszały przez elfy Alfheim, kończąc na świecie bogów -  Asgardzie. Krainy łączyło drzewo życia, Yggdrasil, święty jesion, którego gałęzie sięgały końców wszechświata. Przed atakami chroniły go Norny, trzy boginie przeznaczenia, podlewając sumiennie korzenie wodą ze studni Urdand Brunnen. Mieszkańcy wszystkich krain starali się nie wchodzić sobie w drogę, choć były także wyjątki.
Asgard był światem bogów, jedyną drogą do niego był Tęczowy Most Bifrost, gdzie na straży stał Heimdall. Wcześniej zamieszkały tylko przez Asów, obecnie był także domem Wanów, odkąd obie dynastie zawarły pokój. Rozsiane po całej krainie pałace poszczególnych bogów nie posiadały obwarowań, bowiem cały Asgard broniły potężne mury, wzniesione niegdyś przez olbrzyma, którego imię uległo już zapomnieniu. Najwspanialszy zamek należy do Odyna, Wszechojca. Żona jego, Frigg, obrała za swój pałac Fensalir, stojący na wysokim szczycie i otoczony wielobarwnymi chmurami. Siedzibą Ullra był Ydalir. Himinbjörg strzegł Heimdall, a w krainie Folkvang w pałacu Sessrumnir zasiadła Freja z bratem u boku. Także Thor i Baldur, synowie Odyna, posiadali swoje siedziby.
Jednak bogowie rzadko przekraczali progi własnych domostw, spędzając większość czasu w Gladsheim, pałacu Wszechojca. Zapadały tam wszystkie decyzje, to tam kwitło życie, i tak naprawdę to miejsce było domem, w którym każde bóstwo chciało przebywać. I każdy z nich był tam miele widziany.

***

– Mimo wszystko uważam, że powinniśmy zareagować. Nie musimy od razu wypowiadać im wojny. Wystarczy, że wyzwę któregoś z Trzech Króli na pojedynek. Wynik jest jasny, jego śmierć będzie ceną za stracenie władzy nad Północą na setki lat – warknął Tyr, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Bóg wojny zawsze reagował impulsywnie, gdy ktoś naruszał ich terytorium.
Widar jak zwykle nic nie powiedział – w końcu nie bez powodu zyskał przydomek Milczącego. Przesunął palcami po krawędzi miecza i z zainteresowaniem przyglądał się kroplom krwi, spadającym na nieskazitelnie czysty stół.
Sala Posiedzeń, w której się znajdowali, nie była najbardziej reprezentacyjnym miejscem w pałacu, lecz mogli tu zaznać spokoju i nie spodziewali się nieproszonych gości. Sufit wykonany ze szkła ukazywał błękitne niebo bez jednej chmurki. Oznaczało to, że Thor był w dobrym humorze. Marmurowe ściany chroniły przed wiatrem, który na tych wysokościach mógł być uciążliwy, a wiszące na nich i oprawione w złote ramy portrety Odyna i jego rodziny, przyciągały wzrok nielicznych gości, którzy mieli zaszczyt się tu znaleźć. Sala była pewnego rodzaju samotnią Wszechojca, w której mógł pomyśleć lub zaczerpnąć rady zaufanych bogów. I nikt nie wiedział, dlaczego nazwano ja Salą Posiedzeń.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Widar, bóstwo ciszy i zemsty, czuło się to dobrze, a na ustach zawsze pojawiał się uśmiech, gdy patrzył na swój portret wiszący na ścianie. Mógł był mniej utalentowany niż Thor, mniej przyjazny niż Baldur, którego kochali wszyscy i cichszy niż Bragi, bóg poezji, ale ojciec wciąż na nim polegał.
Przeniósł wzrok na Odyna, siedzącego wygodnie w miękkim fotelu i przeglądającego opasłe tomiszcze. Odkąd pamiętał, jego ojciec pragnął wiedzy i był gotów zrobić wszystko, aby ją zdobyć. Poświęcił nawet swoje oko, dzięki czemu Mimir pozwolił mu się napić ze studni wiedzy. Przez dziewięć dni wisiał na drzewie Yggdrasil przebity swoją własną włócznią, aby nauczyć się magicznych pieśni i run. Nie znaczyło to jednak, że zaspokoił swoje pragnienie. Wciąż pożądał wiedzy, sprowadzał do pałacu rozmaite księgi, analizując dokładnie każdą stronicę. Ostatnio wpadł podobno na nowy pomysł. Widar nie znał szczegółów, ale Odyn planował wyprawę, podczas której zdobędzie jakieś ptaki – chyba kruki, ale tego nie był pewien.
– Czy ktoś mi może odpowiedzieć? – spytał Tyr, starając się poskromić swój wybuchowy charakter. Czasem drażnił go ten spokój Asów, nie wspominając już o Wanach. Nie, może to nie było odpowiednie określenie. On zawsze był chętny do walki, do bitwy. Jednak nie widział podobnego zapału w towarzyszach. Gdy istniała potrzeba, chwytali za broń i trzeba było im to przyznać – byli dobrzy. Nie traktowali każdego konfliktu jako możliwości do potyczki, ze spokojem szukając innych rozwiązań i z reguły wychodząc z tego jako zwycięscy. Wyjątkiem był Thor, z którym nieraz wyprawiał się do Utgardu, aby napaść na lodowe olbrzymy. Świetnie się bawili, dopóki nie pojawiał się Heimdall, z rozkazu Odyna wzywający ich do Asgardu.
– Nie widzę powodu, aby przelewać krew. Pragniesz prawdziwej walki, Tyrze, ale nie znajdziesz jej w wojnie z panteonem celtyckim. Są rozbici wewnętrznie, prędzej sami się powybijają niż poprowadzą przeciw nam zjednoczone wojska. Nie będę ryzykował utraty jakiegokolwiek członka rodziny. Tym bardziej, że tak naprawdę nic nie straciliśmy. Nie mieliśmy w Midgardzie niczego cennego, nie mamy na razie żadnych planów z nim związanych. Niech na razie pozostanie pod kontrolą Celtów, będzie o jeden problem mniej. Na razie musimy się zająć Utgardem. Narobiliście tam z Thorem sporego bałaganu, olbrzymy szykują bunt. Należy im przypomnieć, kto jest silniejszy.
– Doskonale, zatem wezmę Thora…
– Nie. Pójdzie Heimdall z Frejrem. Nie potrzebujemy tam rzezi, wystarczy napomnieć Utgarda-Lokiego, w końcu jako król musi się liczyć z konsekwencjami poczynań swojego ludu. Z tego co wiem, nie chce toczyć z nami wojny. W tym momencie są zbyt słabi, aby nam zagrozić, a on nie jest głupcem. Usunie kilku buntowników i sprawa się zakończy.
– Ale…
– To już postanowione. Jeśli chcesz się z kimś zmierzyć, za kilka miesięcy będzie organizowany turniej. Będziesz mógł powalić w pojedynku olbrzyma, boga, krasnoluda czy nawet elfa, jeśli jakiś się zgłosi. Może pójdziesz zrobić przegląd broni? Thor miał się tym zająć, ale zniknął, a chciałbym porozmawiać z Widarem.
Tyr wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia. Został subtelnie wyproszony, ale nie zamierzał oponować. I tak miał odwiedzić zbrojownie. Dwa dni temu, podczas wypadu z Thorem, zgubił zwój sztylet i jakoś nie znalazł jeszcze wolnej chwili, aby zastąpić czymś zgubę. Tylko gdzie polazł Thor?
Odyn wpatrywał się w zamknięte drzwi, nie wiedząc, jak ująć w słowa to, co go niepokoiło. Zamknął książkę, a jego palce zaczęły wystukiwać na jej oprawie nerwowy rytm. Nie wiedział. Nienawidził nie wiedzieć.
Widar czekał spokojnie, aż Wszechojciec zdecyduje się zadać pytanie. Czuł irytację, która wręcz promieniowała od ciała Odyna. Sam bóg nie wyglądał na potężnego. Wszyscy nazywali go Ojcem, lecz wyglądał nawet młodziej niż niektórzy członkowie rodziny. Brązowe włosy, zaplecione w tysiące małych warkoczyków, sięgały do ramion, a zielony oczy sprawiały wrażenie nieobecnych, jakby ich właściciel duchem był przy swoich ukochanych księgach. Nie należało jednak go lekceważyć z powodu drobnej sylwetki – wrogów, którzy popełnili ten błąd już dawno nie było wśród żywych. I choć Thor już dawno przerósł Odyna, to wciąż nie mógł pokonać go w pojedynku. To właśnie przed tym niskim i drobnym mężczyzną kłaniał się cały panteon nordycki. I był z tego dumny.
– Moi synowie przynieśli wczoraj do pałacu niezwykłego gościa – zaczął Odyn, wpatrując się jak zahipnotyzowany w złoty medalion, który ściskał w ręku. Była to jedyna pamiątka po jego ojcu. Wszechojciec byłby w stanie zniszczyć cały świat, byleby utrzymać przedmiot nietknięty. To była dla niego jedyna rzecz ważniejsza od rodziny.
– Nie widziałem go, po prostu poczułem, jak naruszył nasze granice – kontynuował, wiedząc, że Widar słucha. – Z pewnością jest z innego panteonu i nie wiem, czy… Jakby to ująć… Nie niesie ze sobą kłopotów.
Milczący skinął głową, wiedząc, czego oczekuje od niego rozmówca. Spojrzał w górę, gdzie przez szklany sufit widział niebo zasłaniane powoli przez chmury. Thor się denerwował. Zignorował to i wysłał swoje zmysły w głąb pałacu, aż natknął się na nieznajomego. Wciąż był nieprzytomny, ale jego stan ustabilizował się. Próbował zagłębić się w jego umysł, szukając pragnienia zemsty. Nastąpił cichy huk, gdy został silą wypchnięty, a jego umysł brutalnie powrócił do ciała. Skrzywił się z bólu.
– Co się stało? Pragnie się mścić na kimś, kto mógłby nam przysporzyć kłopotów?
Widar spojrzał niepewnie na Odyna, po czym pokręcił głową. Był w umyśle gościa zaledwie sekundę, zanim ten zareagował instynktownie, ale nie zobaczył żadnej chęci zemsty.
– A czy ktoś chce się zemścić na nim? – dopytywał się Odyn, nachylając się w jego kierunku. Nieważne, jakie informacje dostawał, zawsze była to nowa wiedza, która potem może zostać wykorzystana.
Widar znów skierował swój umysł do sypialni w lewym skrzydle pałacu. Tym razem skupił się na intencjach innych dotyczących gościa. I poczuł trzy potęgi, pałające żądzą zemsty, niespokojne i rzucające się na wszystkie strony. Z westchnieniem powrócił do swojego ciała i chwycił leżące na stole pióro. Nie przejmując się protestami Odyna, przytknął ostry koniec do jakiegoś ważnego dokumentu i zaczął swoją wiadomość. Jego ręka drżała, gdy kreślił powoli znaki. Obok liczby trzy domalował koronę.
Podał pergamin niezadowolonemu Odynowi. Ten skrzywił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył jednoznaczny przekaz.
Trzej Królowie. Niech ich Hel pochłonie.

***

Baldura kochali wszyscy i to dosłownie za wszystko. Za piękne złote włosy zebrane w długi warkocz. Za cudowne zielone oczy. Za ujmujący uśmiech. Za jego śmiech. Za jego przyjaźń. Za oddanie. Za szacunek i zaufanie, jakimi ich obdarzał. Za jego oddanie. Za jego dobro. Kochali to, jak patrzył na świat. Jak przynosił zawsze ze sobą spokój i radość. Kochali go za to, że był z nimi.
Sny kiedyś też go kochały. Dopasowywały się do jego pragnień, były pełne ciepła i spokoju. Gdy nie posiadał czegoś w świecie rzeczywistym, co zdarzało się rzadko, znajdował to w nich.
Teraz miał wrażenie, że sny sobie z niego kpią. Ukazywały mu to, czego nie chciał widzieć i nie panował nad nimi. Trwało to już od dwóch miesięcy. Leśne polany zamieniły się w krwawe pobojowiska, słoneczny Asgard w mroźne i nieprzystępne krainy. On stał pośrodku i nie wiedział, gdzie podziać wzrok. Gdzie by nie spojrzał, widział ciała. Odyn. Thor. Bragi. Frigg. Nanna. Heimdall. Tyr. Widar. Mógł wymieniać długo. Ich pokryte krwią twarze wyryły mu się w pamięci i ciągle dawały o sobie znać. Dlatego biegł przed siebie, nie patrząc pod nogi. I zawsze kończyło się tak samo. Końcem.
Znów stał pośrodkuj pola bitwy, znów potknął się o czyjeś ciało. Nawet na nie nie spojrzał, gdy się podnosił. Nie chciał tego widzieć. Ponownie biegł do przodu, była jak najdalej od tej rzezi. Rozglądał się dookoła, rozpaczliwie próbując zorientować się, z którego strony padnie cios. Zawsze padał. Zabójca podchodził niezauważony, zawsze skuteczny. I nigdy go nie widział.
Za pierwszym razem Baldur nie mógł pojąć, że został zabity. Kto mógłby to zrobić? Nawet olbrzymy nie chciały jego śmierci, choć nie kochały go, to czuły do niego nić sympatii, której by nigdy nie zerwały. W dodatku bardzo trudno było go zranić. Od narodzin własna moc chroniła go przed większością zranień. Dlatego sen był nierealny, lecz w jakiś sposób wydawał mu się przerażająco rzeczywisty.
Czyjaś ręka chwyciła go za nadgarstek, popychając na ziemię. Poczuł ostrze wbijając się tuż obok jego serca. Dłoń ukryta w czarnej rękawiczce przekręciła sztylet, a jego ciało przeszył ból. Rzadko go czuł. Drugie ostrze błysnęło w powietrzu i utknęło w tego brzuchu. Wrzasnął.
– Baldurze…
Zabójca wyciągnął je i znów wbił głęboko w ranę.
– Obudź się…
Ostrze sztyletu powoli zbliżało się do jego oczu. Centymetry, Milimetry.
– Bracie!
Baldur usiadł gwałtownie, uderzając głową o coś twardego. Jęknął cicho, masując bolące miejsce. Uniósł wzrok, napotykając zaniepokojone spojrzenie brązowych oczu. Nie zdążył nawet mrugnąć, a już był przyciskany do szerokiej piersi Thora. Jego brat zawsze trochę przesadzał. Wykorzystał tą chwilę, aby zaczerpnąć kilka oddechów i się uspokoić. Przymknął oczy, odgradzając się od obrazów. Przez chwilę znów widział martwego Thora. Nie, sny pozostaną w świecie snów.
Po chwili bóg piorunów odsunął się i spojrzał na niego uważnie. Wciąż nie zdejmował dłoni z jego ramion, zaciskając lekko palce, jakby bał się, że Baldur zniknie.
– Wszystko w porządku? Co ci się śniło?
Nie, nic nie jest w porządku.
– Tak, nic się nie stało. To prostu ostatnio mam złe sny. Tylko tyle, nie musisz się przejmować – dodał szybko, zanim Thor zaproponował wizytę u uzdrowiciela ani nic w tym rodzaju.
– Nie mów matce ani ojcu.
Thor pokręcił tylko głową, wzdychając cicho. Osunął się z powrotem na krzesło przy łóżku, obserwując uważnie brata. Lecz na twarzy Baldura znów był lekki uśmiech, a spojrzenie zielonych oczy pełne ciepła. Żadnych niepokojących zmian. Bóg piorunów nienawidził, gdy coś martwiło jego brata. Zwykle po cichu usuwał taką przeszkodę.
– Sprawdzimy co u naszego gościa? – Baldur zmienił szybko temat, spoglądając na niego wyczekująco. Thor poddał się i nie drążył tematu. Nigdy nie potrafił mu odmawiać. Zresztą nie tylko on.
– Powinien niedługo się obudzić. Zadziwiająco szybko zaleczyły się jego rany. Nie powiadomiłem jeszcze Odyna o jego obecności w pałacu, choć on pewnie już wie.
Jego brat podniósł się z łóżka i stanął pewnie na nogach. Zniknął w łazience, lecz po chwili wrócił całkowicie ubrany. Thor zawsze się zastanawiał, jak w tak krótkim czasie udało mu się choćby spleść długie blond włosy w warkocz. Zawsze mu się wydawało, że każdy bóg piękna powinien spędzać wiele czasu przed lustrem, ale zachowanie Baldura nie pasowało do tego schematu. Blondyn stanął przed nim, wyciągając w jego stronę dłoń z materiałową chusteczką. Bóg piorunów podniósł pytająco brwi.
– Masz zaschniętą krew na twarzy – wytłumaczył, spoglądając na niego wyczekująco. Mężczyzna westchnął i chwycił kawałek materiału namoczony wodą. Mu takie drobiazgi nie przeszkadzały, ale Baldur był na to wyczulony. Szczególnie na krew.
– Skaleczyłem się podczas przedzierania się przez ten gąszcz, którym obrosły zachodnie mury.
Nie musiał się tłumaczyć, ale chciał to wyjaśnić. Blondyn zawsze się złościł, gdy Thor wyruszał na wyprawy, tym bardziej, że często wracał pokryty krwią. Bynajmniej nie swoją. Baldur nie byłby w stanie nikogo zabić, nawet jeśli coś by mu groziło. Zdaniem Thora, choć umiał walczyć, był całkowicie bezbronny. Nie brał udziału w żadnych walkach, nawet na turniejach chował się w zamku. Jeśli byłeś ranny- jako pierwszy ci pomoże. Lecz jeśli wracałeś cały pokryty krwią wrogów, najlepiej było mu się nie pokazywać na oczy.
– Mam nadzieję, że żadne biedne leśne stworzenie nie ucierpiało – mruknął pod nosem Baldur, pstryknięciem palców doprowadzając łóżko do porządku.
– Wiesz, ciężko jest omijać każdą mrówkę… - Rozbawiony Thor podrapał się po policzku, usuwając pozostałości zaschniętej krwi.
– Przestań żartować. Przecież wiesz, że nie lubię, gdy cokolwiek ginie bez powodu.
– Czyli twoja troska nie obejmuje malutkich, pracowitych mrówek, który robią co w ich mocy dla swojego domu? Jesteś bez serca, bracie.
Bóg piorunów wyszczerzył się jeszcze bardziej, gdy poczuł mocne uderzenie w głowę.
– Po prostu nie rzucaj się na olbrzymów przy pierwszej lepszej okazji, a nie będę się tak martwić. A teraz rusz się, idziemy.
Thor poderwał się na nogi, przeczesując palcami krótkie brązowe włosy. Chwycił swój młot, z którym się nie rozstawał i pomaszerował raźno za bratem. Niektórzy bogowie śmiali się, że podąża za nim ślepo, zupełnie jak pies. To nie była prawda. Będąc zawsze za plecami Baldura, mógł wszystko dokładnie obserwować. Zauważyć w porę każde niebezpieczeństwo, które mogło czyhać na blondyna. Inni się śmiali – przecież każdy kochał Baldura, nawet olbrzymy nie chciały go skrzywdzić. Jednak Thor miał złe przeczucia, a nauczył im się ufać. Dlatego jeśli tylko mógł, był przy Baldurze. Gdyby zginął… Asgard straciłby swoje serce.
Idąc korytarzem zauważył chowającą się za rogiem kobiecą postać. Przed oczami mignęły mu brązowe loki, gdy zawstydzona bogini zniknęła w najbliższym pokoju. Uśmiechnął się lekko. Nanna doskonale dogadywała się z Baldurem. Nic dziwnego, skoro była boginią dobra, piękna i wiosny. Pasowali do siebie idealnie. Szkoda tylko, że Baldur na razie nie zauważył, że dziewczyna coś do niego czuje. Chociaż równie dobrze mógł o tym wiedzieć i nie mieć pojęcia, co z tym zrobić. A Thor nie mógł mu pomóc, biorąc pod uwagę, że już od dziesięciu lat wzdychał z ukrycia do Sif, nie mając odwagi jej tego wyznać. Czy pełna elegancji bogini zechciałaby kogoś tak nieokrzesanego jak on? Baldur twierdził, że tak, ale… Ufał bratu, lecz to zamierzał załatwić we własnym zakresie.

***
Diancecht nie chciał otwierać oczu. Naprawdę nie miał na to ochoty. Sen był pewnego rodzaju ukojeniem, gdzie niczym nie musiał się przejmować. Nie było w nim nic rzeczywistego, więc zagrożenia też nie były realne. Co innego w rzeczywistości. Nie mógł jednak zignorować obecności potężnego boga w pomieszczeniu, w którym się znajdował. Nie wiedział, gdzie jest, choć jakiś głos w głowie wspominał o Asgardzie.
Walczył z Indrachtem. Został ciężko ranny. Ostatkiem sił otworzył portal nie wiadomo dokąd i zemdlał. Jak przed mgłę pamiętał zmartwione zielone oczy i ciche głosy.
– Przestań udawać, że śpisz. Mam mało czasu i chciałbym to szybko załatwić.
Uchylił powieki i zamrugał, próbując przyzwyczaić się do światła, którego źródłem był pięknie zdobiony żyrandol. Prze chwilę myślał, że jest z powrotem w pałacu Dagdy, ale wszystko było tu inne. Spojrzał na siedzącego na parapecie boga. Setki brązowych warkoczyków sięgały mu do ramion, a słońce odbijało się na wplecionych w nie drobnych koralikach. Diancecht przygryzł wargę, gdy poczuł moc, którą tamten posiadał. Była na równi z potęgą Trzech Królów, może nawet większa…
– Jestem Odyn, władca Asgardu. Naruszyłeś granice naszego panteonu bez pozwolenia, co zgodnie z zasadami skutkuje wojną. Z jakiego panteonu jesteś?
Blondyn miał ochotę stąd zniknąć. Jeśli Nordycy wypowiedzą Celtom wojnę, to Dagda dowie się, gdzie jest. Co więcej, prawdopodobnie wpadnie prosto w jego ramiona. A po tym, jak zabił Indrachta zapewne i Belenus marzy o tym, aby go spotkać.
– Celtyckiego – mruknął cicho, szukając drogi ucieczki. Drzwi zdobiły piękne witraże, ale miał wrażenie, że nie stłuką się łatwo. Ponadto nie był w stanie przełamać zaklęć, którymi były obłożone. Przy oknie siedział Odyn, więc nie mogło było możliwości, aby przez nie się wydostał. Tym bardziej, że prawdopodobnie znajdował się kilkanaście metrów na ziemią. Wątpił, aby kości zdążyły się zrosnąć, zanim go złapią. Portalu nie mógł otworzyć, nie na terytorium obcego panteonu, gdzie nie miał żadnych praw. Nawet jeśli wyszedłby z pałacu… Każdy słyszał o słynnym moście Bifrost, który oddzielał świat bogów od ludzkiego. I o Heimdallu, nieprzekupnym i złowrogim strażniku.
Odyn westchnął, widząc panikę, która zagościła w oczach Celta. Próbował to zamaskować, ale on należał do najbardziej spostrzegawczych bogów, więc chaos w złotych tęczówkach nie umknął jego uwadze.
– Czy stanowisz jakieś zagrożenie dla naszego panteonu?
Diancecht wahał się chwilę, ale spojrzenie barwy mchu skutecznie nakłaniało go do mówienia. Musiał przyznać, że stojący przed nim bóg jest dużo straszniejszy niż Dagda i Belenus razem wzięci. Jakby… wiedział wszystko.
– Trzej Królowie chcą mnie zabić. Zostałem oskarżony o morderstwo… – Odyn wpatrywał się w niego oczekująco. – Którego nie popełniłem – dodał po chwili.
– Doprawdy?
– Nie tego, o które zostałem oskarżony.
– A pozostałe? – Wszechojciec nie poruszył się nawet o milimetr.
– Broniłem się.
– A co z twoją zachłannością? Zabrałeś ich moce.
Diancecht drgnął. Skąd on mógł to wiedzieć? Przecież Nordycy nie interesowali się niczym, co się działo na ziemi. Wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. Ten mężczyzna go przytłaczał, a on miał chaos w głowie. Musi się pozbierać i z powrotem zapanować nad sytuacją.
– Każdy ma jakieś słabości? Jestem pewien, że ty też masz coś, za co poświęciłbyś wiele istnień. I bynajmniej nie jest to coś tak szlachetnego jak rodzina – odpowiedział już pewniej, uśmiechając się kpiąco. Zaskoczenie błysnęło w oczach Odyna, ale po chwili na jego twarzy pojawił się mały uśmiech. Pochylił się do przodu, a Diancecht instynktownie przywarł do ściany.
– Dokładnie, więc radzę nie stawać mi na drodze, bo możesz marnie skończyć. Jak masz na imię?
– Diancecht.
– A więc, Diancechcie, witam w progach panteonu nordyckiego. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił i nie wchodził nikomu w drogę.
Wyprostował się i zanim Diancecht zdążył otworzyć usta, poczuł jego rękę na swoich włosach. Jakikolwiek ład przestał istnieć, gdy Odyn potargał mu je niczym małemu dziecku.
– Jasne? – upewnił się, wciąż się uśmiechając, ale twarde spojrzenie mówiło samo za siebie.
– Zrobię co w mojej mocy, ale różnie bywa w życiu. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale zawsze zastanawiało mnie, jak ono wygląda.
Wszechojciec wzruszył ramionami, kierując się w kierunku drzwi. Machnął ręką, a zaklęcia pieczętujące je przestały istnieć.
– Dlaczego? Nie naruszyłem zasad?
Zatrzymał się, słysząc ciche pytanie. Diancecht wyglądał na spiętego i gotowego do ucieczki, gdyby odpowiedź go zaniepokoiła.
– Nikt ci nie powiedział, że zasady są po to, aby je łamać? Mamy tu coś, co cenimy bardziej niż prawa. Jest to szczerość. Więc wystrzegaj się, Diancechcie, kłamstwa, bo gdy skłamiesz w złym celu, możesz przestać być tu mile widziany. I postaraj się nikogo nie zabić.
Odyn otworzył drzwi, lecz w progu przystanął jeszcze na chwilę.
– Skrzywdź Baldura, a sprawimy, że zaczniesz marzyć o śmierci.

***

– Uprzedził nas- mruknął Thor, oglądając się za oddalającą się sylwetką Wszechojca. Mijając ich, skinął im głową, wyraźnie zadowolony. Bóg piorunów wolał się nie zastanawiać, czy to dlatego, że pozbył się zagrożenia dla swojej rodziny, czy też poznał ciekawego boga.
– Chyba się dogadali. – Baldur nie był niczego pewien, z wyjątkiem tego, że jego gość wciąż żyje. – Chociaż nie wiem, czy o dobrze, że to on z nim pierwszy rozmawiał.
– Dlaczego?
Thor zatrzymał się tuż przed drzwiami do komnaty, do której wcześniej przyniósł nieprzytomnego boga. Jego brat wydawał się zaniepokojony, co go martwiło. Jeszcze przed chwilą się uśmiechał. Ostatnio miewał częste zmiany nastrojów, szczególnie po przebudzeniu. Cokolwiek mu się śniło, nie wpływało na niego dobrze. Może powinien powiadomić o tym ich matkę?
– Jego serce jest w kawałkach. Jeszcze kilka nieodpowiednich wydarzeń, a się rozpadnie. Widziałeś kiedyś boga próbującego popełnić samobójstwo?
– Nie.
– Ja też dawno tego nie widziałem i nie zamierzam tego oglądać. Thorze?
Bóg piorunów spojrzał na blondyna, który stał z ręką na klamce. Drugą dłoń położył mu na ramieniu i spojrzał prosto w oczy. Zielone tęczówki hipnotyzowały.
– Jesteś cudownym bratem.
Chwilę zajęło Thorowi zorientowanie się, że lekki ciężar zniknął z jego ramienia, a drzwi się zatrzasnęły. Jeszcze jedna chwila minęła, zanim zaczął dobijać się do nich, wykrzykując imię brata. W odpowiedzi dostał cichy śmiech z wnętrza pokoju i zaklęcia pieczętujące wejście.
Baldur jak zawsze się narażał. A Thor jak zawsze dał się zmylić.


***************************************************************************
 Przepraszam za tak długą nieobecność, ale w szkole miałam nawał pracy. Jeśli chodzi o długość rozdziału to jestem zadowolona. Lecz jeśli chodzi o treść... Wiem, za każdym razem na nią narzekam, ale chyba inaczej nie potrafią. Po prostu nie udało mi się przedstawić do końca relacji bohaterów w ten sposób, co chciałam. Może potem będize lepiej. 
W panteonie nordyckim zabawimy trochę dłużej, a niedługo, co pewnie niektórych ucieszy, pojawi się Loki. 
Następny rozdział postaram się napisać do końca roku, bo przecież wolny czas trzeba jakoś wykorzystać. 
Pozdrawiam i dziękuję za komentarze,
Mentrix

niedziela, 9 października 2016

Rozdział VII

Na spalonych słońcem pustyniach w głębi kraju, w parujących dżunglach wzdłuż rzeki oraz na zamieszkanych przez dzikie zwierzęta stepach, gdzie każda kropla wody jest bezcennym skarbem, o który się walczy, próbuje przeżyć człowiek. Ludy koczownicze, przemieszczające się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu zwierzyny i jadalnych roślin. Mieszkający w sporządzonych z kości i skór wielkich zwierząt namiotach, prymitywni, lecz żyjący w pokoju ludzie. Wybrani, natchnieni przez Thota, zdolni są nawet leczyć urazy i wytwarzać krzemienne noże. Poszczególne grupy nomadów żyły w pokoju, nie naruszając swoich granic, czasem jednocząc się podczas polować na wielkie zwierzęta.
A nad tym wszystkim czuwali bogowie.
Ojcem panteonu jest tu Ra, władca słońca i bogów. Powstało jako pierwszy, a bojąc się samotności stworzył swoje dzieci. Tefnut, pierwszy byt żeński tego panteonu władała wilgocią, zaś jej mąż – Szu – był panem powietrza. Z ich związku pojawili się Geb i Nut, którzy umiłowali siebie nawzajem. Szu jednak zabronił córce łączenia się ze swym bratem przez wszystkie dni roku egipskiego. Wtedy Nut stworzyła pięć dodatkowych dni, w trakcie których poczęła swoje dzieci. Rozwścieczony Szu rozdzielił na zawsze Nut i Geba, Niebo i Ziemię. Do dziś spoglądają na siebie tęsknie, zatapiając się w miłosnych uściskach, gdy nikt nie patrzy. Bogini nieba zrodziła czwórkę dzieci o niezwykłych umiejętnościach. Izyda – bogini magii i małżeństwa – olśniewała wszystkich swoją urodą, sprawiając, że nawet rozgniewany Szu przestał nienawidzić wnuków. Ozyrys czuwał nad duszami zmarłych, lecz nie odstępował Izydy na krok. Do nich żywił nienawiść Set, pan zła, ciemności i suszy. Jego lękała się też jego żona, Pani Piasków, sprawująca pieczę nad umarłymi, Neftyda. Wszyscy ci bogowie tworzyli Wielką Enneadę, czyli dziewiątkę bóstw, stanowiących fundament panteonu. To im ludy koczownicze oddawały największą część, bojąc się ich gniewu, lecz licząc na ich ochronę.
Wielkim szacunkiem cieszył się też Horus, wojowniczy syn Izydy i Ozyrysa. Młody bóg z niepokojem przyglądał się wujowi, gdy ten nieprzychylnym okiem spoglądał na jego ojca. W porównaniu do Seta był jednak słaby i w pojedynkę za dużo zdziałać nie mógł. Czasem rozmawiał o tym z przyjacielem. Nikt nie wiedział, kto jest ojcem Anubisa, a Neftyda milczała uparcie. Jednak niewątpliwie Sędzia Dusz cieszył się wielką sympatią Ra, co ukracało wszelkie spekulacje. Nie spędzał dużo czasu w Heliopolis, pałacu wszystkich bogów. W odróżnieniu od innych panteonów, Egipcjanie woleli zamieszkiwać ziemię, ukrywszy swój pałac za mgłą, stworzoną przez Izydę. Najczęściej Anubisa można było spotkać w Duat, na styku różnych rzeczywistości, w miejscu, które stworzyła Maat, córka Ra. Była żoną Thota, bóstwa mądrości i nauki, który pomagał rozwinąć się ich wyznawcom, dzieląc się z nimi powoli swoja wiedzą. Wszystkim zagrażał Apopis, olbrzymi wąż, wcielenie zła i chaosu, zamieszkujący głębiny Duat. Atakował Słoneczną Barkę Ra każdego wschodu i zachodu słońca, pragnąc śmierci, boga, który wraz z tarczą słoneczną przemierzał każdego dnia niebo. Sprzymierzeńcem Ra była jego córka, kocia bogini Bastet, która za każdym razem powstrzymywała Apopisa.
Mówi się, że bogowie egipscy ukazywali się ludziom w postaci ukształtowanej przez wyobrażenia wyznawców. Wierni przypisywali im poszczególne zwierzęta, które podziwiali ze względu na ich siłę lub inteligencję, aby ich lepiej zrozumieć.
Panteon egipski nie żył w dobrych stosunkach z bóstwami zamieszkującymi Bliski Wschód. Stworzyli swoich wyznawców jednocześnie i wciąż nie mogli dojść do porozumienia, do kogo należą. Przez większość czasu ignorowali się wzajemnie, starając się jednak jak najbardziej rozwinąć swoje ludy i tereny, które zamieszkiwały. Ludziom pod nieustanną opieką bogów żyło się dobrze, ciepły klimat nie sprzyjał chorobom, które ostatni wyniszczały ludy północy.
Wszyscy bogowie szanują i uznają władzę Ra, lecz nie przeszkadza in to w czekaniu na potknięcie się któregoś w Wielkiej Enneady, aby zając jego miejsce. Dbają o swoich wyznawców, bo wiedzą, że bez ich wiary są bezsilni, wystawieni na ciosy przeciwników. Zazwyczaj tworzą i budują zamiast niszczyć, wypowiadają wojnę każdemu, kto chce zatrzymać rozwój ludzkości i zawrócić ją do jej prymitywnych korzeni. Żaden bóg z mocą niszczenia nie cieszy się tu zaufaniem, a imię Apopisa odważą się wymówić tylko nieliczni.
Oto panteon, który poprowadzi ludzkość do wielkości, sprawi, że jego lud zostanie zapamiętany na wieki, a pamiątki o wielkim imperium, zwanym później Egiptem, przetrwają po dziś dzień. Legendy o faraonach, będących pod bezpośrednią opieką Horusa i Ra, będą wciąż żywe, a hieroglify będą jedną z zagadek, które tak pasjonują naukowców.
Niezwykłe, prawda? Nic dziwnego, że tak się wywyższają, denerwując tym każdego, w tym mnie. Jednak zapominają o jednym, dość ważnym szczególe.
Oto panteon, którego moc upadła, którego państwo musiał przyznać się do porażki. Oto Egipt, który najpierw musiał pokłonić się Aleksandrowi, potem zaś potędze Imperium Rzymskiego. Oto panteon, który zgiął kolana przed chmurowładnym Zeusem.
Jego też nie darzę sympatią.

***

Ra spoglądał na Izydę, a jej mina z pewnością nie zwiastowała dobrych wieści. Piękna bogini była zwykle uśmiechnięta, a ciepło w jej oczach potrafiło zażegnać prawie każdy spór. Czarne włosy przyozdobiła koroną z róż, ubrana w przewiewną tunikę ze złotymi zdobieniami, dłonie zaciskała kurczowo na naszyjniku z ankh. Stała tuż przy podwyższeniu z tronem Ra i wpatrywała się w pradziadka ze smutkiem. Była boginią rodzin, jakikolwiek rozłam przyjmowała jako osobistą porażkę, nawet jeśli tyczyło się to jej boskiej familii. I choć sytuacja była nieciekawa, Ra widział w oczach Izydy nadzieję, że jej brat się opamięta i zaprzestanie swoich działań.
– Nie ufam mu, ojcze. Stara się być dawnym sobą, gdy jestem w pobliżu, ale wiem, że coś go zżera od środka. Podburza nasze ludy. Ostatnio za jego sprawą starły się dwa plemiona, zginęło dwunastu ludzi. To nie tak miało być. Myślałam, że razem zdołamy utrzymać go po naszej stronie, ale…
Seth. Oczywiście, Ojciec Bogów spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Rozmawiał o tym nawet z Tothem, obaj zgodzili się, że zmiana Setha jest nieunikniona. Ale jak Ra miał to przekazał jego rodzeństwu?
Wstał z tronu, schodząc z podwyższenia i stając obok bogini. Nigdy nie lubił spoglądać na innych z góry. Położył dłoń na jej ramieniu, oferując odrobinę rodzinnego ciepła, którego Izyda potrzebowała.
– Jest coś jeszcze, prawda?
Izyda westchnęła ciężko, spuszczając głowę. Jej brązowa skóra zdawała się być stanowczo za jasna, co było znakiem, że bogini od kilku dni musiała być wręcz chora z niepokoju.
– Wczoraj pomagałam Neftydzie uprzątnąć bałagan po walce plemion, którą spowodował Seth. Zostawiłam Horusa samego, a wtedy przyszedł do niego Seth.
Ra spiął się i powstrzymał chęć, aby iść i sprawdzić, czy z Horusem wszystko w porządku. Bóg był młody, a pełne jadu słowa Setha mogły wsiąknąć w jego duszę. Ojciec Bogów pamiętał, że mało brakowała, a nawet on uległby manipulacji Pana Pustyni.
– Najpierw mówił mu o Anubisie. Opowiadał, jak wielką sympatią się u ciebie cieszy. Pytał, czy nie jest o to zazdrosny. Czy nie chciałby zająć miejsca Anubisa? Seth namawiał go, aby podczas następnego spotkania się go… pozbył.
Dość, zabije Setha, nie ważne, że jest częścią rodziny. Czasem należy kierować się najpierw sercem, a Ra zdecydował, że właśnie nadeszła ta chwila. Potem zajmie się Horusem. Bóg był młody, podatny na innych, a Seth doskonale wiedział, jak to wykorzystać.
– Spokojnie. – Tym razem to Izyda zacisnęła rękę na jego ramieniu, żądając, aby się uspokoił. – Seth nie docenił więzi, jaka nawiązała się między Horusem i Anubisem. Anubis mógł stać się odludkiem, ale wciąż jest najlepszym przyjacielem mojego syna. Lojalność Horusa jest bez zastrzeżeń. Sędziemu Dusz nic nie grozi.
Ra wątpił, aby Horus był w stanie zranić Anubisa, nawet jeśli starałby się z całego serca. Niewątpliwie syn Izydy był lepszym wojownikiem niż opiekun zmarłych, posiadał też znacznie większą moc. Jednak Anubis ostatnie lata spędzał w Duat, gdzie zapuszczali się tylko nieliczni bogowie. Ra nie wiedział już, o czym myśli młody bóg, co nim kieruje. Zwykle wiedział o wszystkim, co się działo w panteonie, choć rzadko pojawiał się na wiecach. Ojciec Bogów powinien się czuć zaniepokojony, ale po prostu mu ufał. I miał nadzieję, że ten nigdy nie zawiedzie jego zaufania.
– Namawiał Horusa, aby zajął miejsce ojca, aby go zabił. Horus rzucił się na niego z mieczem, ale wtedy Seth zniknął wśród piasku pustyni.  Nie udało mu się, ale spocznie póki nie pozbędzie się Ozyrysa. Ojcze, jestem pewna, że Seth chce obalić mojego męża.
Ra musiał się zgodzić z Izydą. Seth był żądny władzy, a potężny brat z pewnością mu przeszkadzał. Nie zaatakuje bezpośrednio, Pan Pustyni żył we własnym świecie, cenił sobie podstęp, oszustwo i manipulację. Jeśli bogowie mogli być czegoś pewni, to tego, że Seth nie wbije osobiście chepesza w serce Ozyrysa. Raczej posłuży się innym bogiem.
– Mówiłaś o tym Ozyrysowi? Jeśli nie, to natychmiast go powiadom. Musi na siebie uważać. Mamy w panteonie zdradliwego węża, który sączy jad w nas wszystkich.
Izyda skinęła głową, ruszając do drzwi pałacu. Zatrzymała się jednak w progu i spojrzała na starca. W jej spojrzeniu nie było już niepokoju, tylko niezachwiana stanowczość. Izydy nigdy nie należało traktować jako słabej bogini małżeństwa. Jeśli Seth nie naprawi swojego błędu, jego pomyłka może się okazać dość… zabójcza.
– Ojcze? Nie jest to groźba skierowana do ciebie, lecz chciałabym, abyś sobie coś uświadomił. Nie jestem tylko boginią małżeństwa. Jeśli ktoś podniesie rękę na mego męża lub syna, jeśli ich zrani, pozna gniew bogini magii, który może nie mieć końca. Skona w straszliwych mękach.
Ra z szacunkiem skłonił głowę, przyjmując deklarację bogini. Wiedział, że zadbała, aby usłyszał ją każdy członek ich panteonu. Stał w bezruchu, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła Izyda. Zazwyczaj była łagodna, lecz gdy szło o jej najbliższą rodzinę, zmieniała się w rozjuszoną lwicę. Lecz…
– To nie powstrzyma Setha. – Cichy głos nie zaskoczył Ra, tak samo jak widok młodego boga, który rozparł się wygodnie na tronie.
Anubis jako jedyny z panteonu wyglądał, jakby nigdy nie widział słońca. Jego skóra była wręcz chorobliwie blada, a w połączeniu ze złotymi oczami i ciemnymi włosami wyglądał jak sama Śmierć. W udziale przypadło mu niezbyt miłe zajęcie, jakim był pogrzeb, przeprowadzanie duszy do Krainy Zmarłych i osądzenie jej. Nie miał za dużo pracy. Ludzi było stosunkowo niewielu, a zgony do licznych nie należały. Każdego dnia ktoś umierał, głównie stratowany przed zwierzynę, na którą się zasadził z towarzyszami. Lecz był to pojedyncze przypadki, więc Anubis odprowadzał dusze góra pięć razy dziennie. Jednak ostatnie działania Setha przysporzyły mu dodatkowej pracy.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie nie zrobił nic, o co mógłbym go oskarżyć. Tym samym mam związane ręce. Poczekam…
– Na co poczekasz? Aż zabije kogoś z nas? Nie chcę wiedzieć, co się dzieje z bogiem, gdy umiera. A może poczekasz, aż staniesz się marionetkowym władcą? Ze swoimi umiejętnościami Seth bez trudu będzie nami manipulował. Jesteś królem, Ra. Twoje decyzję są niepodważalne. Zniszcz problem w zarodku.
– Obawiam się, Anubisie, że tego nie da się już zdusić w zarodku. Nie widzisz, co zrobił Seth? Kieruje tobą, twoje słowa to jego słowa, choć długo się nie widzieliście. Namawiasz mnie do zabójstwa. Robisz to samo, co on uczynił z Horusem. – Podszedł bliżej, wpatrując się w złote tęczówki. Tak jak myślał, na dnie czaił się cień, ciemność, która pierwotnie należała do Setha. – Nie daj mu się omamić, Anubisie. To przebiegły kłamca, jakże inteligentny! Jestem królem, to prawda. Nie dlatego, że narodziłem się jako pierwszy. Nasz rodzina mnie wybrała, moi poddani mnie wybrali. Ustaliłem pewne zasady. Jeśli je złamię, zniknie poczucie bezpieczeństwa i zaufanie jakim mnie darzyli.
– Lepiej, aby się bali, niż gdybyś był pozbawiony realnej władzy. Problemem jest Seth, ale przyjdą kolejni. Jednak jeśli zadbasz o to, aby czuli do ciebie respekt i szacunek, to mogą cię nienawidzić, ale nie złamię praw – mruknął niepewnie Anubis, udając, że uważnie ogląda złotą bransoletę na nadgarstku.
Ra westchnął głośno, przesuwając dłonią po siwych włosach. Zawsze uważał, że wygląd dojrzałego mężczyzny doda mu majestatu. Nie był próżny, lecz chciał być jak najlepszym królem, jakim go widziała rodzina.
– Widziałeś się z Sethem, prawda? Dwa, trzy tygodnie temu? Czego chciał?
Niepewność zagościła w oczach Przewodnika Dusz, dając Ra odpowiedź, zanim jego towarzysz zdołał otworzyć usta.
– Myślałem, że chce tylko porozmawiać. Jeszcze nie zaczął swojej gry, więc nie uważałem go za niebezpiecznego.
Błąd. Zdawał sobie teraz sprawę, że to był błąd. Rozmawiali tylko chwilę, nie poruszając istotnych tematów, ale przez odpowiedni dobór słów bóg zła zdołał…
– Zatruł ci umysł swoimi poglądami. Wykorzystał do tego niewielką ilość magii, nawet się nie zorientowałeś. Na tym etapie mogę jeszcze coś z tym zrobić.
Oczy Ra rozbłysły niczym słońce, którego był bogiem. Z satysfakcją wpatrywał się w cień w oczach Anubisa, który niechętnie oddawał pole migoczącemu złotu, aż wreszcie całkowicie zniknął. Bóg mógł przysiąc, że słyszy wściekły krzyk Setha.
Młodszy bóg poderwał się z tronu, który zajmował do tej pory. Dopiero teraz, mając już czysty umysł, zdał sobie sprawę, jak mało brakowało, aby stał się marionetką złego boga. Musiał się uspokoić, musiał wszystko przemyśleć. Musiał... rozważyć zabicie Setha na własną rękę. Ra nie mógł tego zrobić, nie mając żadnych podstaw. Lecz jemu nic nie stało na przeszkodzie. Oprócz tego, że był zbyt słaby, aby mierzyć się z kimkolwiek z Wielkiej Enneady. Potrzebował ciszy i spokoju, a znał tylko jedno miejsce, które zapewniało mu obie te rzeczy. Duat.
– Muszę już iść – mruknął, schodząc z podwyższenia. Ra odprowadził go zaniepokojonym wzrokiem. Znów uciekał do swojej samotni. Kiedyś spędzał sporo czasu z Horusem, a teraz… Pokręcił zrezygnowany głową. Nie będzie teraz w to wnikać. Ma na głowie Setha. Nie wiadomo, z kim bóg zła rozmawiał, kogo umysł zatruł swoimi jadowitymi słowami.
– Zaczekaj, mam prośbę. Spędzaj więcej czasu z innymi. Nie zamykaj się w Duat. Na samym dnie tego wymiaru jest uwięziony Apopis, a długie przebywanie w tym samym miejscu co on… Nie zamykaj się na nas, chłopcze, bo to najgorsza rzecz, jaką możesz zrobić. Nie jesteś szczęśliwym bóstwem, Anubisie. Was, bogów śmierci z każdego panteonu, czeka podobny los. Gdy nasza rodzina, cywilizacja upadanie, będziesz ostatnim, który przestanie istnieć.  Będziesz przez jakiś czas całkiem sam. Przykro mi, ale nie da się tego zmienić. Bo co byśmy nie zrobili, śmierć zawsze umiera ostatnia.
Wstrząsy nastąpiły nagle. Ra wpatrywał się oczekująco w Anubisa, a chwilę później musiał odskoczyć w bok, aby nie zostać przegniecionym kawałkiem sufitu. Cały pałac trząsł się w posadach, silny wiatr otworzył z hukiem drzwi, krople deszczu wpadły do Sali. W oddali huknął piorun. Burza nigdy nie powinna pojawi się na południu. Czyżby to Seth coś kombinował? Jednak nikt z Egipcjan nie władał burzą. Byli atakowani przez inny panteon? Sumeryjscy bogowie byliby do tego zdolni.
Rzucił się do drzwi, chcąc przyjrzeć się dokładniej zaistniałej sytuacji. Powstrzymał go cichy okrzyk bólu. Anubis klęczał na kamiennej posadzce, trzymając się za serce. Wokół spadały odłamki sufitu, cala sala była pokryta unoszącym się w powietrzu pyłem.
Sędzia Zmarłych zacisnął zęby, próbując oswoić się z bóle. Czuł się rozrywany od środka, tysiące dusz pragnęło jego uwagi, aby odprowadził je do miejsca wiecznego spoczynku. Liczba ta przytłaczała, a martwych z każdą chwilą było więcej. Ich jęki i krzyki mieszały mu się z własnymi myślami, nie pozwalając się mu skupić. Wiedział, że kiedyś to nadejdzie. Ludzi będzie coraz więcej, w ciągu minuty będzie umierać kilkadziesiąt osób, a on będzie musiał być w kilkudziesięciu miejscach jednocześnie. Jeszcze tego nie potrafił. Nie był gotowy.
Ra zacisnął rękę na jego ramieniu, ale nie wiedział, jak pomóc. Przydałby się Ozyrys, chociaż nawet on mógłby nie mieć o niczym pojęcia. Odprowadzanie dusz było zadaniem Anubisa, jego i tylko jego. Ojciec Bogów był rozdarty. Wiedział, że ginął ludzie, których jego panteon stworzył i obiecał opiekę. Stan Anubisa był tego potwierdzeniem. Jeśli byli atakowani, powinni stawić czoła nieprzyjacielowi. Musiał natychmiast wezwać pozostałe bóstwa i ustalić plan działania. Lecz… Spojrzał na młodszego boga. Bał się, że jeśli go zostawi, to on zwariuje. Nie trzeba było być bogiem mądrości, aby wiedzieć, że każda dusza walczy o uwagę tego boga, co równa się z istnym chaosem w myślach.
Odetchnął z ulgą, gdy rozpoznał energię materializującej się w pomieszczeniu bogini. Czując jej przyzwolenie, wybiegł z Sali.
Anubis poczuł ręce, owijające się wokół niego i podnoszące go z posadzki. Z westchnieniem ulgi oparł się o boginię, przymykając oczy. Ciepłe, łagodne, pełne współczucia i matczynej troski ręce gładziły go po włosach, próbując zabrać ze sobą ból.
– Możesz oddać mi połowę – zachęciła Neftyda, tuląc go do piersi. Anubis mógł mieć kilkaset lat, ale według boskich standardów wciąż był dzieckiem, które po prostu za szybko dorosło. I teraz, w ramionach matki, czuł się wyjątkowo szczęśliwy. Neftyda dzięki małżeństwu z Sethem stała się Panią Śmierci. I właśnie po raz pierwszy zamierzała wykorzystać swoje przywileje, aby pomóc synowi.
Zamknęła oczy, zanurzając się w krainie śmierci, bólu i rozpaczy. Widziała światło, które było Anubisem, do którego lgnęły wszystkie duszę, pragnąc wieczystego spokoju. Chwyciła połowę z nich i siłą przyciągnęła do siebie. I zaczęła siłą wysyłać je do Krainy Ozyrysa. Je wszystkie trzeba będzie osądzić, ale tym można się zająć później. Sąd nie musiał być natychmiastowy.
Nikt, ani dusze zmarłych, ani Seth, ani inne panteony. Nikt nie skrzywdzi jej syna. Zadba o to.
***

– Nie jesteśmy atakowani. Żaden bóg nie naruszył naszej granicy, a Seth siedzi na pustyni i z tego co mówił, nie zamierza się na razie stamtąd ruszać – poinformował Thot, wchodząc do Sali Posiedzeń z żoną u boku. Maat uśmiechnęła się promiennie do Ra, pozdrawiając swojego ojca. Ojciec Bogów przerwał swoją rozmowę z Ozyrysem, analizując nowe informacje.
– Co może sprawić, że drży cała ziemia? – mruknął Ozyrys, próbując zetrzeć krew z białej tuniki. Zmierzając do pałacu w podnóża gór natknął się na plemię, próbując uratować towarzysza, którego przygniotła wielka skałą. Z tego co mówili, spadła prosto z nieba. Pomimo pomocy Ozyrysa, człowiek nie przeżył.
– I płonie – dodał Geb, krzywiąc się cierpiętniczo. Ból ziemi był jego bólem. Bogowie spojrzeli na niego pytająco. – Północne granice naszego terytorium stoją w ogniu, którego nie mogę ugasić. Wszystko tam zginęło, nie ma żywej duszy. Z nieba spadają wielkie odłamki skalne, ziemia drży, uderzają w nią pioruny.
– Gdzie jest ognisko tych zjawisk?
– Azja Mniejsza.
Odpowiedź przyszła, choć nikt jej się nie spodziewał. Przez salę przeszedł podmuch wiatru, obwieszczając przybycie boga, który od wieków nie pokazywał się rodzinie na oczy. Szu rozsiadł się wygodnie prze końcu stołu, gładząc z zadowoleniem swoją długą, siwą brodę. Zignorował zdumione spojrzenia bogów, dzieląc się informacjami, przez które tu przybył.
– Zeus i jego rodzeństwo toczy walkę o władzę… W tym momencie Zeus walczy z Kronosem, a Hades z Posejdonem odpierają szturm na Olimp. To jeszcze trochę potrwa. Ziemia płonie, wyrywają góry i ciskają nimi w siebie. Barbarzyńscy bogowie. – Wydął pogardliwie wargi.
– Barbarzyńcy to raczej Celtowie i Nordycy – zwróciła mu uwagę Maat. Szu wzruszył tylko ramionami, nie przyjmując tego do wiadomości. Jego zdania nic nie zmieni.
– Celtowie właśnie pokryli całą Północ lodem, zabijając wszystkich ludzi i zwierzęta z niewiadomego powodu. I to bez zgody Nordyków. Będzie wojna – obwieścił radośnie. Uwielbiał wiedzieć więcej niż inni. Informacje były bezcenne, a on, jako bóg wiatru, mógł dostać się niezauważony prawie wszędzie.
– Wróćmy do tematu. Nas, w przeciwieństwie do Północy, zaraz strawi ogień. Co robią Sumerowie? Są bliżej źródła – spytał Ra, wpatrują się w mapę, która zajmowała cały stół.
– Nie zamierzają interweniować. Jeśli Zeus wygra, będzie im to na rękę. Stworzyli barierę wokół swojego terytorium, bronią ziemię i ludzi. Powinniśmy pójść w ich ślady.
– Przeklęci Sumerowie – syknęła Nechbet, gładząc siedzącego na jej ramieniu sępa. Jej oczy przypominały ślepia krwiożerczego ptaka, który upatrzył swoją ofiarę. Zawsze pierwsza do zwady i bójki. – Zawsze są krok przed nami. Będą się pysznić, jeśli postąpimy tak jak oni…
– Milcz, Nechbet. – Bezwzględny rozkaz padł z ust Ra. Bogini spojrzała na niego niechętnie, ale zacisnęła usta. Ojciec Bogów zamknął oczy, wzywając wszystkich bogów, nawet tych najmniejszych, do pałacu. Nie miał wątpliwości, że Seth nie użyczy swojej energii do stworzenia bariery, a Anubis z Neftydą będą zbyt zajęci duszami. Potrzebował każdej ilości mocy, jaką mógł zgromadzić.
Do mnie. Już.
Zniecierpliwiony wpatrywał się w pojawiających się w sali bogów. Obok niego stanęła Izyda z Horusem. Młody bóg jak zawsze ubrany był w zbroję i z mieczem u boku. Obdarzył Ra bystrym spojrzeniem i usiadł obok ojca. Bogini magii uśmiechnęła się, widząc swoją rodzinę wreszcie razem. Czasem obowiązki Ozyrysa zmuszały go do podróży na drugi koniec kontynentu.
Hathor, Mut, Bes, Ptah, Hapi, Neit, Sachmet, Sobek. Tefnut I siedzący na przeciw siebie Geb i Nut. Brakowało tylko…
– Gdzie Chonsu? – Bóg księżyca był bardzo sumienny, nie zignorowałby wezwania najwyższego bóstwa. Czasem się spóźniał - zapominał o upływającym czasie, gdy tylko zasiadał do partyjki senet. Jednak w tej sytuacji wstrząsy na pewno wytrąciłyby go z zamyślenia nad grą.
– Na drugim końcu kontynentu. Jest dzień, nie da rady tu przybyć.
Jak każdy z nich, Chonsu miał ograniczenia. Nie mógł podróżować za dnia, słońce go wykańczało. Był w stanie przebyć krótki dystans, potem padał wycieńczony i kolejny dzień odzyskiwał siły. Wędrówki przez kontynent przed zapadnięciem zmroku nie przetrwa. Ra musiał pogodzić się z nieobecnością boga, co wiązało się z mniejszą ilością mocy.
Westchnął ciężko w myślach. Była jeszcze Bastet, ale jej nie odważy się wezwać. Kocia bogini pilnowała więzienia Apopisa w głębi Duat, a Ojciec Bogów nie miał zamiaru zabierać jej ze stanowiska. Wolał całkowitą zagładę ludzi i zniszczenie terenów należących do ich panteonu, niż Apopisa na wolności.
– Zacznijmy…

***

W Duat było cicho, nic nie zakłócało spokoju, a otaczała go pustka. Miało się wrażenie oderwania się od świata, co w pewnym sensie było prawdą. Za pomocą wyobraźni można tu było stworzyć wszystko, odrobina magii i miałeś już swój dom, miejsce, gdzie nikt nie zagląda, gdzie możesz na spokojnie pomyśleć. A Anubis właśnie rozpaczliwie potrzebował odpoczynku. Pękała mu głowa, choć wszystkie dusze znajdowały się już na Sali Sądu i nie mąciły mu w głowie. Nie było jęków, krzyków, nawoływań. Lecz ich echo pozostało, a Anubis podejrzewał, że minie dobre kilka dni, zanim dojdzie do siebie i zregeneruje swoją energię. W tej chwili był jej niemal całkowicie pozbawiony.
Jego matka czuła się lepiej, została w pałacu, aby pomóc bogom wznieść barierę. Bóg nie czuł się na siłach i wrócił do siebie. Po prostu uciekł. Na samą myśl, że ktoś zażądałby od niego najmniejszego wysiłku lub narzucałby mu swoje towarzystwo, miał zawroty głowy, których trudno było się pozbyć. W tej chwili chciał być sam.
Nakreślił w powietrzu odpowiedni znak i pojawiły się czarne drzwi. Wszedł i opierając się o ścianę dotarł do najbliższej sterty poduszek. Rzucił się na nie, starając się ignorować wszystko wokół. Minutę później stwierdził, że musiał się czymś narazić Bastet, skoro bogini szczęścia zsyła na niego taką karę. Leżał z zamkniętymi oczami jeszcze przez chwilę w nadziei, że nieproszony gość zniknie.
– Wyjdź – warknął, gdy jego irytacja sięgnęła zenitu. Odpowiedziała mu cisza, przerywana odgłosem kroków, gdy gość podszedł bliżej. Anubis otworzył oczy, próbując zabić przybysza wzrokiem. Przysłużyłby się całemu panteonowi. Seth zignorował jego spojrzenie, ponownie podrzucając w powietrze szklaną kulę. Prezent od Izydy. Bóg zła nie miał prawa go dotykać.
Anubis wyciągnął rękę, a kula poszybowała w powietrzu i spoczęła mu na dłoni. Seth w końcu zwrócił na niego uwagę, rozbawione spojrzenie czarnych oczu starło się złotym, pełnym nieskrywanej nienawiści.
– Wyjdź – powtórzył Sędzia Zmarłych, stając chwiejne na nogach. Seth zmierzył go spojrzeniem, a jego usta wygięły się w kpiącym spojrzeniu.
– Nie wyglądasz na takiego, który jest w stanie rozkazywać. Podobnie jak cała reszta panteonu. Wszyscy są żałośnie słabi po wzniesieniu tej bariery. Poświęcać się tak dla ludzi i ziem. Idiotyzm.
– Czego chcesz?
– Aktualnie rozkoszuję się myślą, z jaką łatwością mógłbym ich teraz wszystkich zabić. Ale… - uśmiechnął się, widząc przerażone spojrzenie młodszego boga – gdzie byłaby tu zabawa? Gdzie intryga? Gdzie zdrada? Gdzie zło, które uradowałoby mą duszę?!
Anubis spojrzał na niego ponuro, nic nie mówiąc. Z całych sił starał się utrzymać na nogach. Czuł, jakby Seth wysysał z niego energię, która mu została. Próbował nie słuchać tego, co mówił Pan Pustyni.
Nie widzisz, co zrobił Seth? Kieruje tobą, twoje słowa to jego słowa, choć długo się nie widzieliście. Zatruł ci umysł swoimi poglądami. Wykorzystał do tego niewielką ilość magii, nawet się nie zorientowałeś. Nie daj mu się omamić, Anubisie. To przebiegły kłamca, jakże inteligentny!
Słowa Ra pięknie wszystko podsumowały. Anubis miał w sobie tą ciemną stronę, której było brak Horusowi. Był podatny na manipulacje Setha, może najbardziej z całego panteonu. Trzy tygodnie temu rozmawiali. Nic ważnego, kilka wymienionych między sobą zdań. A on został zmanipulowany i nawet tego nie zauważył. Tezy boga przeniknęła do jego umysłu, zatruwając go. Ra go wyleczył, a teraz…
Teraz Anubis się bał. W środku trząsł się ze strachu. Nie lękał się tego, że Seth mógłby go skrzywdzić. Martwiło go to, co może zrobić innym, gdy bóg zła będzie nim manipulował. Każde jego słowo było wyważone, niosło ze sobą odpowiednią dawkę emocji, by nie mógł go szybko zapomnieć. By śniło mu się po nocach.
Seth był podłą żmiją i istniało na to tylko jedno antidotum. Nie pozwolić mu mówić. Rozejrzał się dookoła, a jego wzrok natrafił na podarte pasy materiału. Pozostały po ostatniej wizycie Horusa, gdy próbowali zatamować krwawienie. Bóg nieba został ranny w pojedynku, na który wyzwał jakiegoś boga sumeryjskiego. Bardzo lekkomyślne, Anubis ledwie zdołał go stamtąd zabrać, nim sumeryjska stal przeszyłaby na wylot jego przyjaciela.
Skupił się, a materiał uniósł się w powietrze. Nie miał za bardzo pomysłu, co z nim zrobić, oprócz tego, że musi zatkać rozmówcy usta. Do jego umysłu docierały fragmenty wypowiedzi Setha. Tak jak myślał, opowiadał mu, jak to wszyscy kochają Horusa się o niego troszczą. Pytał, czy nie jest zazdrosny. Problem polegał na tym, że trafił pod zły adres. Anubis także kochał i troszczył się o przyjaciela.
Sędzia Umarłych wyrzucił ręce do przodu, całkowicie zaskakując tym Setha. Pasy materiału owinęły ciasno całe cało boga, skutecznie zatykając mu usta. Przeciwnik był pewien, że Anubis nie ma już na nic siły. Tylko dlatego mu się udało. Drzwi do Duat otworzyły się, a Anubis ostatnimi siłami wypadł na pomysł jak się uwolnić.
Padł na poduszki, zamykając oczy. Zanim zasnął, przemknęło mu przez myśl, że ciało owinięte pasami materiału wygląda bardzo ciekawie. Gdyby owinąć tak zmarłego człowieka. I gdyby jeszcze pozbawić go wnętrzności…

***

Bariery wzniesione przez Sumerów i Egipcjan ochroniły Południowy Kontynent i ludzi na nim mieszkających. Z powodu sprzyjającego klimatu ludy przetrwały, lasy były bujne, a gatunkach zwierząt można było przebierać. Nic więc dziwnego, że to tam powstały potem zalążki pierwszych cywilizacji. Przetrwał gatunek, który później nazwiecie homo sapiens.
Z kolei Północny Kontynent pokrył lód. I miał on pozostać pod pokrywą lodową przez jeszcze jakiś czas. Wszystko zamarzło, północne plemiona wyginęły. A wszystko przez kaprys celtyckich bogów, ich wzajemną nienawiść do siebie, pragnienie władzy. Oczywiście, wy dopatrujecie się tutaj przyczyn całkowicie naturalnych. Ochłodzenie klimatu, wzrost liczby opadów spowodowały powstanie lodowców i lądolodów. To naprawdę... zabawne. Nadaliście nawet tej epoce nazwę. Epoka lodowcowa. Epoka, w której wyginął homo sapiens neanderthalensis.
Naprawdę, wy, ludzie, macie wielką wyobraźnię.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Z serii: potrzeba matką wynalazków.
Uchylam rąbka tajemnicy i prezentuję państwu w jakich okolicznościach powstała pierwsza mumia :D I dlaczego mieliśmy epokę lodowcową oraz co stało się z neandertalczykami...
Zdaję sobie sprawę, że wiele przeinaczam i naginam jak się da, ale to chyba prawo autora fikcyjnej opowieści, prawda? Bogowie mogą się wydawać dziwni, ale oni nie są jeszcze w pełni ukształtowani. Niektórzy wciąż muszą jeszcze dorosnąć. Pisałam ten rozdział z dużymi przerwami i coś mi nie wyszedł. Ostatnio naprawdę ciężko mi się pisze. Mam nadzieję, że to minie i znów to będzie przyjemnością, a nie wysiłkiem. Bo mam wrażenie, że z tego rozdziału do się wyczuć moje zmagania :D Przepraszam, że tak długo nic nie wstawiałam, postaram się poprawić.
Proszę o komentarze przepraszam za literówki, których nie mam teraz siły szukać. 
Pozdrawiam,
Mentrix

Mia Land of Grafic