piątek, 27 stycznia 2017

Informacja

Witam!
Przybywam do was z dość nieciekawą informacją. Zastanawiałam się długo, nie mogąc podjąć decyzji, ale tak chyba będzie najlepiej.

Wstrzymuję działalność na tym blogu. 

Na pewno tu wrócę i dokończę moją historię, ponieważ mam pełno pomysłów, ale na razie zaprzestanę dodawania rozdziałów. Będę je pisać do szuflady, gdy najdzie mnie wena. Dzięki temu, gdy tu wrócę (zapewne okolice wakacji), rozdziały zaczną pojawiać się w miarę regularnie. 
W tym czasie zamierzam skupić się na pisaniu jednego bloga, aby popchnąć na nim akcję jak najbardziej do przodu. Nie ma sensu pisanie trzech rzeczy jednocześnie, ponieważ dzieją się one w zupełnie innych światach, które rządzą się zupełnie innymi prawami. Sama zaczynam się gubić, a rozdziały pojawiają się rzadziej niż raz na miesiąc, przez co czytelnicy zapominają, co było w ostatnim.
Podsumowując: wracam w okolicach wakacji z nowymi rozdziałami. Możecie być pewni, że nie porzucę tego bloga, bo pomysłów mam multum, muszę tylko doprowadzić akcję do pewnego momentu i potem pójdzie już z górki.
Tymczasem zamierzam zająć się drugim blogiem, na którego serdecznie zapraszam (Link).
Pozdrawiam,
Mentrix

sobota, 17 grudnia 2016

Rozdział VIII

W Dziewięciu Krainach można było znaleźć wszystko. Od pełnego lodu, mgły i zimna Niflheimu, gdzie nad duszami zmarłych króluje Hel, przez zamieszały przez elfy Alfheim, kończąc na świecie bogów -  Asgardzie. Krainy łączyło drzewo życia, Yggdrasil, święty jesion, którego gałęzie sięgały końców wszechświata. Przed atakami chroniły go Norny, trzy boginie przeznaczenia, podlewając sumiennie korzenie wodą ze studni Urdand Brunnen. Mieszkańcy wszystkich krain starali się nie wchodzić sobie w drogę, choć były także wyjątki.
Asgard był światem bogów, jedyną drogą do niego był Tęczowy Most Bifrost, gdzie na straży stał Heimdall. Wcześniej zamieszkały tylko przez Asów, obecnie był także domem Wanów, odkąd obie dynastie zawarły pokój. Rozsiane po całej krainie pałace poszczególnych bogów nie posiadały obwarowań, bowiem cały Asgard broniły potężne mury, wzniesione niegdyś przez olbrzyma, którego imię uległo już zapomnieniu. Najwspanialszy zamek należy do Odyna, Wszechojca. Żona jego, Frigg, obrała za swój pałac Fensalir, stojący na wysokim szczycie i otoczony wielobarwnymi chmurami. Siedzibą Ullra był Ydalir. Himinbjörg strzegł Heimdall, a w krainie Folkvang w pałacu Sessrumnir zasiadła Freja z bratem u boku. Także Thor i Baldur, synowie Odyna, posiadali swoje siedziby.
Jednak bogowie rzadko przekraczali progi własnych domostw, spędzając większość czasu w Gladsheim, pałacu Wszechojca. Zapadały tam wszystkie decyzje, to tam kwitło życie, i tak naprawdę to miejsce było domem, w którym każde bóstwo chciało przebywać. I każdy z nich był tam miele widziany.

***

– Mimo wszystko uważam, że powinniśmy zareagować. Nie musimy od razu wypowiadać im wojny. Wystarczy, że wyzwę któregoś z Trzech Króli na pojedynek. Wynik jest jasny, jego śmierć będzie ceną za stracenie władzy nad Północą na setki lat – warknął Tyr, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Bóg wojny zawsze reagował impulsywnie, gdy ktoś naruszał ich terytorium.
Widar jak zwykle nic nie powiedział – w końcu nie bez powodu zyskał przydomek Milczącego. Przesunął palcami po krawędzi miecza i z zainteresowaniem przyglądał się kroplom krwi, spadającym na nieskazitelnie czysty stół.
Sala Posiedzeń, w której się znajdowali, nie była najbardziej reprezentacyjnym miejscem w pałacu, lecz mogli tu zaznać spokoju i nie spodziewali się nieproszonych gości. Sufit wykonany ze szkła ukazywał błękitne niebo bez jednej chmurki. Oznaczało to, że Thor był w dobrym humorze. Marmurowe ściany chroniły przed wiatrem, który na tych wysokościach mógł być uciążliwy, a wiszące na nich i oprawione w złote ramy portrety Odyna i jego rodziny, przyciągały wzrok nielicznych gości, którzy mieli zaszczyt się tu znaleźć. Sala była pewnego rodzaju samotnią Wszechojca, w której mógł pomyśleć lub zaczerpnąć rady zaufanych bogów. I nikt nie wiedział, dlaczego nazwano ja Salą Posiedzeń.
Nie zmieniało to jednak faktu, że Widar, bóstwo ciszy i zemsty, czuło się to dobrze, a na ustach zawsze pojawiał się uśmiech, gdy patrzył na swój portret wiszący na ścianie. Mógł był mniej utalentowany niż Thor, mniej przyjazny niż Baldur, którego kochali wszyscy i cichszy niż Bragi, bóg poezji, ale ojciec wciąż na nim polegał.
Przeniósł wzrok na Odyna, siedzącego wygodnie w miękkim fotelu i przeglądającego opasłe tomiszcze. Odkąd pamiętał, jego ojciec pragnął wiedzy i był gotów zrobić wszystko, aby ją zdobyć. Poświęcił nawet swoje oko, dzięki czemu Mimir pozwolił mu się napić ze studni wiedzy. Przez dziewięć dni wisiał na drzewie Yggdrasil przebity swoją własną włócznią, aby nauczyć się magicznych pieśni i run. Nie znaczyło to jednak, że zaspokoił swoje pragnienie. Wciąż pożądał wiedzy, sprowadzał do pałacu rozmaite księgi, analizując dokładnie każdą stronicę. Ostatnio wpadł podobno na nowy pomysł. Widar nie znał szczegółów, ale Odyn planował wyprawę, podczas której zdobędzie jakieś ptaki – chyba kruki, ale tego nie był pewien.
– Czy ktoś mi może odpowiedzieć? – spytał Tyr, starając się poskromić swój wybuchowy charakter. Czasem drażnił go ten spokój Asów, nie wspominając już o Wanach. Nie, może to nie było odpowiednie określenie. On zawsze był chętny do walki, do bitwy. Jednak nie widział podobnego zapału w towarzyszach. Gdy istniała potrzeba, chwytali za broń i trzeba było im to przyznać – byli dobrzy. Nie traktowali każdego konfliktu jako możliwości do potyczki, ze spokojem szukając innych rozwiązań i z reguły wychodząc z tego jako zwycięscy. Wyjątkiem był Thor, z którym nieraz wyprawiał się do Utgardu, aby napaść na lodowe olbrzymy. Świetnie się bawili, dopóki nie pojawiał się Heimdall, z rozkazu Odyna wzywający ich do Asgardu.
– Nie widzę powodu, aby przelewać krew. Pragniesz prawdziwej walki, Tyrze, ale nie znajdziesz jej w wojnie z panteonem celtyckim. Są rozbici wewnętrznie, prędzej sami się powybijają niż poprowadzą przeciw nam zjednoczone wojska. Nie będę ryzykował utraty jakiegokolwiek członka rodziny. Tym bardziej, że tak naprawdę nic nie straciliśmy. Nie mieliśmy w Midgardzie niczego cennego, nie mamy na razie żadnych planów z nim związanych. Niech na razie pozostanie pod kontrolą Celtów, będzie o jeden problem mniej. Na razie musimy się zająć Utgardem. Narobiliście tam z Thorem sporego bałaganu, olbrzymy szykują bunt. Należy im przypomnieć, kto jest silniejszy.
– Doskonale, zatem wezmę Thora…
– Nie. Pójdzie Heimdall z Frejrem. Nie potrzebujemy tam rzezi, wystarczy napomnieć Utgarda-Lokiego, w końcu jako król musi się liczyć z konsekwencjami poczynań swojego ludu. Z tego co wiem, nie chce toczyć z nami wojny. W tym momencie są zbyt słabi, aby nam zagrozić, a on nie jest głupcem. Usunie kilku buntowników i sprawa się zakończy.
– Ale…
– To już postanowione. Jeśli chcesz się z kimś zmierzyć, za kilka miesięcy będzie organizowany turniej. Będziesz mógł powalić w pojedynku olbrzyma, boga, krasnoluda czy nawet elfa, jeśli jakiś się zgłosi. Może pójdziesz zrobić przegląd broni? Thor miał się tym zająć, ale zniknął, a chciałbym porozmawiać z Widarem.
Tyr wzruszył ramionami i skierował się do wyjścia. Został subtelnie wyproszony, ale nie zamierzał oponować. I tak miał odwiedzić zbrojownie. Dwa dni temu, podczas wypadu z Thorem, zgubił zwój sztylet i jakoś nie znalazł jeszcze wolnej chwili, aby zastąpić czymś zgubę. Tylko gdzie polazł Thor?
Odyn wpatrywał się w zamknięte drzwi, nie wiedząc, jak ująć w słowa to, co go niepokoiło. Zamknął książkę, a jego palce zaczęły wystukiwać na jej oprawie nerwowy rytm. Nie wiedział. Nienawidził nie wiedzieć.
Widar czekał spokojnie, aż Wszechojciec zdecyduje się zadać pytanie. Czuł irytację, która wręcz promieniowała od ciała Odyna. Sam bóg nie wyglądał na potężnego. Wszyscy nazywali go Ojcem, lecz wyglądał nawet młodziej niż niektórzy członkowie rodziny. Brązowe włosy, zaplecione w tysiące małych warkoczyków, sięgały do ramion, a zielony oczy sprawiały wrażenie nieobecnych, jakby ich właściciel duchem był przy swoich ukochanych księgach. Nie należało jednak go lekceważyć z powodu drobnej sylwetki – wrogów, którzy popełnili ten błąd już dawno nie było wśród żywych. I choć Thor już dawno przerósł Odyna, to wciąż nie mógł pokonać go w pojedynku. To właśnie przed tym niskim i drobnym mężczyzną kłaniał się cały panteon nordycki. I był z tego dumny.
– Moi synowie przynieśli wczoraj do pałacu niezwykłego gościa – zaczął Odyn, wpatrując się jak zahipnotyzowany w złoty medalion, który ściskał w ręku. Była to jedyna pamiątka po jego ojcu. Wszechojciec byłby w stanie zniszczyć cały świat, byleby utrzymać przedmiot nietknięty. To była dla niego jedyna rzecz ważniejsza od rodziny.
– Nie widziałem go, po prostu poczułem, jak naruszył nasze granice – kontynuował, wiedząc, że Widar słucha. – Z pewnością jest z innego panteonu i nie wiem, czy… Jakby to ująć… Nie niesie ze sobą kłopotów.
Milczący skinął głową, wiedząc, czego oczekuje od niego rozmówca. Spojrzał w górę, gdzie przez szklany sufit widział niebo zasłaniane powoli przez chmury. Thor się denerwował. Zignorował to i wysłał swoje zmysły w głąb pałacu, aż natknął się na nieznajomego. Wciąż był nieprzytomny, ale jego stan ustabilizował się. Próbował zagłębić się w jego umysł, szukając pragnienia zemsty. Nastąpił cichy huk, gdy został silą wypchnięty, a jego umysł brutalnie powrócił do ciała. Skrzywił się z bólu.
– Co się stało? Pragnie się mścić na kimś, kto mógłby nam przysporzyć kłopotów?
Widar spojrzał niepewnie na Odyna, po czym pokręcił głową. Był w umyśle gościa zaledwie sekundę, zanim ten zareagował instynktownie, ale nie zobaczył żadnej chęci zemsty.
– A czy ktoś chce się zemścić na nim? – dopytywał się Odyn, nachylając się w jego kierunku. Nieważne, jakie informacje dostawał, zawsze była to nowa wiedza, która potem może zostać wykorzystana.
Widar znów skierował swój umysł do sypialni w lewym skrzydle pałacu. Tym razem skupił się na intencjach innych dotyczących gościa. I poczuł trzy potęgi, pałające żądzą zemsty, niespokojne i rzucające się na wszystkie strony. Z westchnieniem powrócił do swojego ciała i chwycił leżące na stole pióro. Nie przejmując się protestami Odyna, przytknął ostry koniec do jakiegoś ważnego dokumentu i zaczął swoją wiadomość. Jego ręka drżała, gdy kreślił powoli znaki. Obok liczby trzy domalował koronę.
Podał pergamin niezadowolonemu Odynowi. Ten skrzywił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył jednoznaczny przekaz.
Trzej Królowie. Niech ich Hel pochłonie.

***

Baldura kochali wszyscy i to dosłownie za wszystko. Za piękne złote włosy zebrane w długi warkocz. Za cudowne zielone oczy. Za ujmujący uśmiech. Za jego śmiech. Za jego przyjaźń. Za oddanie. Za szacunek i zaufanie, jakimi ich obdarzał. Za jego oddanie. Za jego dobro. Kochali to, jak patrzył na świat. Jak przynosił zawsze ze sobą spokój i radość. Kochali go za to, że był z nimi.
Sny kiedyś też go kochały. Dopasowywały się do jego pragnień, były pełne ciepła i spokoju. Gdy nie posiadał czegoś w świecie rzeczywistym, co zdarzało się rzadko, znajdował to w nich.
Teraz miał wrażenie, że sny sobie z niego kpią. Ukazywały mu to, czego nie chciał widzieć i nie panował nad nimi. Trwało to już od dwóch miesięcy. Leśne polany zamieniły się w krwawe pobojowiska, słoneczny Asgard w mroźne i nieprzystępne krainy. On stał pośrodku i nie wiedział, gdzie podziać wzrok. Gdzie by nie spojrzał, widział ciała. Odyn. Thor, Bragi. Frigg. Nanna. Heimdall. Tyr. Widar. Mógł wymieniać długo. Ich pokryte krwią twarze wyryły mu się w pamięci i ciągle dawały o sobie znać. Dlatego biegł przed siebie, nie patrząc pod nogi. I zawsze kończyło się tak samo. Końcem.
Znów stał pośrodkuj pola bitwy, znów potknął się o czyjeś ciało. Nawet na nie nie spojrzał, gdy się podnosił. Nie chciał tego widzieć. Ponownie biegł do przodu, była jak najdalej od tej rzezi. Rozglądał się dookoła, rozpaczliwie próbując zorientować się, z którego strony padnie cios. Zawsze padał. Zabójca podchodził niezauważony, zawsze skuteczny. I nigdy go nie widział.
Za pierwszym razem Baldur nie mógł pojąć, że został zabity. Kto mógłby to zrobić? Nawet olbrzymy nie chciały jego śmierci, choć nie kochały go, to czuły do niego nić sympatii, której by nigdy nie zerwały. W dodatku bardzo trudno było go zranić. Od narodzin własna moc chroniła go przed większością zranień. Dlatego sen był nierealny, lecz w jakiś sposób wydawał mu się przerażająco rzeczywisty.
Czyjaś ręka chwyciła go za nadgarstek, popychając na ziemię. Poczuł ostrze wbijając się tuż obok jego serca. Dłoń ukryta w czarnej rękawiczce przekręciła sztylet, a jego ciało przeszył ból. Rzadko go czuł. Drugie ostrze błysnęło w powietrzu i utknęło w tego brzuchu. Wrzasnął.
– Baldurze…
Zabójca wyciągnął je i znów wbił głęboko w ranę.
– Obudź się…
Ostrze sztyletu powoli zbliżało się do jego oczu. Centymetry, Milimetry.
– Bracie!
Baldur usiadł gwałtownie, uderzając głową o coś twardego. Jęknął cicho, masując bolące miejsce. Uniósł wzrok, napotykając zaniepokojone spojrzenie brązowych oczu. Nie zdążył nawet mrugnąć, a już był przyciskany do szerokiej piersi Thora. Jego brat zawsze trochę przesadzał. Wykorzystał tą chwilę, aby zaczerpnąć kilka oddechów i się uspokoić. Przymknął oczy, odgradzając się od obrazów. Przez chwilę znów widział martwego Thora. Nie, sny pozostaną w świecie snów.
Po chwili bóg piorunów odsunął się i spojrzał na niego uważnie. Wciąż nie zdejmował dłoni z jego ramion, zaciskając lekko palce, jakby bał się, że Baldur zniknie.
– Wszystko w porządku? Co ci się śniło?
Nie, nic nie jest w porządku.
– Tak, nic się nie stało. To prostu ostatnio mam złe sny. Tylko tyle, nie musisz się przejmować – dodał szybko, zanim Thor zaproponował wizytę u uzdrowiciela ani nic w tym rodzaju.
– Nie mów matce ani ojcu.
Thor pokręcił tylko głową, wzdychając cicho. Osunął się z powrotem na krzesło przy łóżku, obserwując uważnie brata. Lecz na twarzy Baldura znów był lekki uśmiech, a spojrzenie zielonych oczy pełne ciepła. Żadnych niepokojących zmian. Bóg piorunów nienawidził, gdy coś martwiło jego brata. Zwykle po cichu usuwał taką przeszkodę.
– Sprawdzimy co u naszego gościa? – Baldur zmienił szybko temat, spoglądając na niego wyczekująco. Thor poddał się i nie drążył tematu. Nigdy nie potrafił mu odmawiać. Zresztą nie tylko on.
– Powinien niedługo się obudzić. Zadziwiająco szybko zaleczyły się jego rany. Nie powiadomiłem jeszcze Odyna o jego obecności w pałacu, choć on pewnie już wie.
Jego brat podniósł się z łóżka i stanął pewnie na nogach. Zniknął w łazience, lecz po chwili wrócił całkowicie ubrany. Thor zawsze się zastanawiał, jak w tak krótkim czasie udało mu się choćby spleść długie blond włosy w warkocz. Zawsze mu się wydawało, że każdy bóg piękna powinien spędzać wiele czasu przed lustrem, ale zachowanie Baldura nie pasowało do tego schematu. Blondyn stanął przed nim, wyciągając w jego stronę dłoń z materiałową chusteczką. Bóg piorunów podniósł pytająco brwi.
– Masz zaschniętą krew na twarzy – wytłumaczył, spoglądając na niego wyczekująco. Mężczyzna westchnął i chwycił kawałek materiału namoczony wodą. Mu takie drobiazgi nie przeszkadzały, ale Baldur był na to wyczulony. Szczególnie na krew.
– Skaleczyłem się podczas przedzierania się przez ten gąszcz, którym obrosły zachodnie mury.
Nie musiał się tłumaczyć, ale chciał to wyjaśnić. Blondyn zawsze się złościł, gdy Thor wyruszał na wyprawy, tym bardziej, że często wracał pokryty krwią. Bynajmniej nie swoją. Baldur nie byłby w stanie nikogo zabić, nawet jeśli coś by mu groziło. Zdaniem Thora, choć umiał walczyć, był całkowicie bezbronny. Nie brał udziału w żadnych walkach, nawet na turniejach chował się w zamku. Jeśli byłeś ranny- jako pierwszy ci pomoże. Lecz jeśli wracałeś cały pokryty krwią wrogów, najlepiej było mu się nie pokazywać na oczy.
– Mam nadzieję, że żadne biedne leśne stworzenie nie ucierpiało – mruknął pod nosem Baldur, pstryknięciem palców doprowadzając łóżko do porządku.
– Wiesz, ciężko jest omijać każdą mrówkę… - Rozbawiony Thor podrapał się po policzku, usuwając pozostałości zaschniętej krwi.
– Przestań żartować. Przecież wiesz, że nie lubię, gdy cokolwiek ginie bez powodu.
– Czyli twoja troska nie obejmuje malutkich, pracowitych mrówek, który robią co w ich mocy dla swojego domu? Jesteś bez serca, bracie.
Bóg piorunów wyszczerzył się jeszcze bardziej, gdy poczuł mocne uderzenie w głowę.
– Po prostu nie rzucaj się na olbrzymów przy pierwszej lepszej okazji, a nie będę się tak martwić. A teraz rusz się, idziemy.
Thor poderwał się na nogi, przeczesując palcami krótkie brązowe włosy. Chwycił swój młot, z którym się nie rozstawał i pomaszerował raźno za bratem. Niektórzy bogowie śmiali się, że podąża za nim ślepo, zupełnie jak pies. To nie była prawda. Będąc zawsze za plecami Baldura, mógł wszystko dokładnie obserwować. Zauważyć w porę każde niebezpieczeństwo, które mogło czyhać na blondyna. Inni się śmiali – przecież każdy kochał Baldura, nawet olbrzymy nie chciały go skrzywdzić. Jednak Thor miał złe przeczucia, a nauczył im się ufać. Dlatego jeśli tylko mógł, był przy Baldurze. Gdyby zginął… Asgard straciłby swoje serce.
Idąc korytarzem zauważył chowającą się za rogiem kobiecą postać. Przed oczami mignęły mu brązowe loki, gdy zawstydzona bogini zniknęła w najbliższym pokoju. Uśmiechnął się lekko. Nanna doskonale dogadywała się z Baldurem. Nic dziwnego, skoro była boginią dobra, piękna i wiosny. Pasowali do siebie idealnie. Szkoda tylko, że Baldur na razie nie zauważył, że dziewczyna coś do niego czuje. Chociaż równie dobrze mógł o tym wiedzieć i nie mieć pojęcia, co z tym zrobić. A Thor nie mógł mu pomóc, biorąc pod uwagę, że już od dziesięciu lat wzdychał z ukrycia do Sif, nie mając odwagi jej tego wyznać. Czy pełna elegancji bogini zechciałaby kogoś tak nieokrzesanego jak on? Baldur twierdził, że tak, ale… Ufał bratu, lecz to zamierzał załatwić we własnym zakresie.

***
Diancecht nie chciał otwierać oczu. Naprawdę nie miał na to ochoty. Sen był pewnego rodzaju ukojeniem, gdzie niczym nie musiał się przejmować. Nie było w nim nic rzeczywistego, więc zagrożenia też nie były realne. Co innego w rzeczywistości. Nie mógł jednak zignorować obecności potężnego boga w pomieszczeniu, w którym się znajdował. Nie wiedział, gdzie jest, choć jakiś głos w głowie wspominał o Asgardzie.
Walczył z Indrachtem. Został ciężko ranny. Ostatkiem sił otworzył portal nie wiadomo dokąd i zemdlał. Jak przed mgłę pamiętał zmartwione zielone oczy i ciche głosy.
– Przestań udawać, że śpisz. Mam mało czasu i chciałbym to szybko załatwić.
Uchylił powieki i zamrugał, próbując przyzwyczaić się do światła, którego źródłem był pięknie zdobiony żyrandol. Prze chwilę myślał, że jest z powrotem w pałacu Dagdy, ale wszystko było tu inne. Spojrzał na siedzącego na parapecie boga. Setki brązowych warkoczyków sięgały mu do ramion, a słońce odbijało się na wplecionych w nie drobnych koralikach. Diancecht przygryzł wargę, gdy poczuł moc, którą tamten posiadał. Była na równi z potęgą Trzech Królów, może nawet większa…
– Jestem Odyn, władca Asgardu. Naruszyłeś granice naszego panteonu bez pozwolenia, co zgodnie z zasadami skutkuje wojną. Z jakiego panteonu jesteś?
Blondyn miał ochotę stąd zniknąć. Jeśli Nordycy wypowiedzą Celtom wojnę, to Dagda dowie się, gdzie jest. Co więcej, prawdopodobnie wpadnie prosto w jego ramiona. A po tym, jak zabił Indrachta zapewne i Belenus marzy o tym, aby go spotkać.
– Celtyckiego – mruknął cicho, szukając drogi ucieczki. Drzwi zdobiły piękne witraże, ale miał wrażenie, że nie stłuką się łatwo. Ponadto nie był w stanie przełamać zaklęć, którymi były obłożone. Przy oknie siedział Odyn, więc nie mogło było możliwości, aby przez nie się wydostał. Tym bardziej, że prawdopodobnie znajdował się kilkanaście metrów na ziemią. Wątpił, aby kości zdążyły się zrosnąć, zanim go złapią. Portalu nie mógł otworzyć, nie na terytorium obcego panteonu, gdzie nie miał żadnych praw. Nawet jeśli wyszedłby z pałacu… Każdy słyszał o słynnym moście Bifrost, który oddzielał świat bogów od ludzkiego. I o Heimdallu, nieprzekupnym i złowrogim strażniku.
Odyn westchnął, widząc panikę, która zagościła w oczach Celta. Próbował to zamaskować, ale on należał do najbardziej spostrzegawczych bogów, więc chaos w złotych tęczówkach nie umknął jego uwadze.
– Czy stanowisz jakieś zagrożenie dla naszego panteonu?
Diancecht wahał się chwilę, ale spojrzenie barwy mchu skutecznie nakłaniało go do mówienia. Musiał przyznać, że stojący przed nim bóg jest dużo straszniejszy niż Dagda i Belenus razem wzięci. Jakby… wiedział wszystko.
– Trzej Królowie chcą mnie zabić. Zostałem oskarżony o morderstwo… – Odyn wpatrywał się w niego oczekująco. – Którego nie popełniłem – dodał po chwili.
– Doprawdy?
– Nie tego, o które zostałem oskarżony.
– A pozostałe? – Wszechojciec nie poruszył się nawet o milimetr.
– Broniłem się.
– A co z twoją zachłannością? Zabrałeś ich moce.
Diancecht drgnął. Skąd on mógł to wiedzieć? Przecież Nordycy nie interesowali się niczym, co się działo na ziemi. Wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić. Ten mężczyzna go przytłaczał, a on miał chaos w głowie. Musi się pozbierać i z powrotem zapanować nad sytuacją.
– Każdy ma jakieś słabości? Jestem pewien, że ty też masz coś, za co poświęciłbyś wiele istnień. I bynajmniej nie jest to coś tak szlachetnego jak rodzina – odpowiedział już pewniej, uśmiechając się kpiąco. Zaskoczenie błysnęło w oczach Odyna, ale po chwili na jego twarzy pojawił się mały uśmiech. Pochylił się do przodu, a Diancecht instynktownie przywarł do ściany.
– Dokładnie, więc radzę nie stawać mi na drodze, bo możesz marnie skończyć. Jak masz na imię?
– Diancecht.
– A więc, Diancechcie, witam w progach panteonu nordyckiego. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił i nie wchodził nikomu w drogę.
Wyprostował się i zanim Diancecht zdążył otworzyć usta, poczuł jego rękę na swoich włosach. Jakikolwiek ład przestał istnieć, gdy Odyn potargał mu je niczym małemu dziecku.
– Jasne? – upewnił się, wciąż się uśmiechając, ale twarde spojrzenie mówiło samo za siebie.
– Zrobię co w mojej mocy, ale różnie bywa w życiu. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale zawsze zastanawiało mnie, jak ono wygląda.
Wszechojciec wzruszył ramionami, kierując się w kierunku drzwi. Machnął ręką, a zaklęcia pieczętujące je przestały istnieć.
– Dlaczego? Nie naruszyłem zasad?
Zatrzymał się, słysząc ciche pytanie. Diancecht wyglądał na spiętego i gotowego do ucieczki, gdyby odpowiedź go zaniepokoiła.
– Nikt ci nie powiedział, że zasady są po to, aby je łamać? Mamy tu coś, co cenimy bardziej niż prawa. Jest to szczerość. Więc wystrzegaj się, Diancechcie, kłamstwa, bo gdy skłamiesz w złym celu, możesz przestać być tu mile widziany. I postaraj się nikogo nie zabić.
Odyn otworzył drzwi, lecz w progu przystanął jeszcze na chwilę.
– Skrzywdź Baldura, a sprawimy, że zaczniesz marzyć o śmierci.

***

– Uprzedził nas- mruknął Thor, oglądając się za oddalającą się sylwetką Wszechojca. Mijając ich, skinął im głową, wyraźnie zadowolony. Bóg piorunów wolał się nie zastanawiać, czy to dlatego, że pozbył się zagrożenia dla swojej rodziny, czy też poznał ciekawego boga.
– Chyba się dogadali. – Baldur nie był niczego pewien, z wyjątkiem tego, że jego gość wciąż żyje. – Chociaż nie wiem, czy o dobrze, że to on z nim pierwszy rozmawiał.
– Dlaczego?
Thor zatrzymał się tuż przed drzwiami do komnaty, do której wcześniej przyniósł nieprzytomnego boga. Jego brat wydawał się zaniepokojony, co go martwiło. Jeszcze przed chwilą się uśmiechał. Ostatnio miewał częste zmiany nastrojów, szczególnie po przebudzeniu. Cokolwiek mu się śniło, nie wpływało na niego dobrze. Może powinien powiadomić o tym ich matkę?
– Jego serce jest w kawałkach. Jeszcze kilka nieodpowiednich wydarzeń, a się rozpadnie. Widziałeś kiedyś boga próbującego popełnić samobójstwo?
– Nie.
– Ja też nie i nie zamierzam tego oglądać. Thorze?
Bóg piorunów spojrzał na blondyna, który stał z ręką na klamce. Drugą dłoń położył mu na ramieniu i spojrzał prosto w oczy. Zielone tęczówki hipnotyzowały.
– Jesteś cudownym bratem.
Chwilę zajęło Thorowi zorientowanie się, że lekki ciężar zniknął z jego ramienia, a drzwi się zatrzasnęły. Jeszcze jedna chwila minęła, zanim zaczął dobijać się do nich, wykrzykując imię brata. W odpowiedzi dostał cichy śmiech z wnętrza pokoju i zaklęcia pieczętujące wejście.
Baldur jak zawsze się narażał. A Thor jak zawsze dał się zmylić.


***************************************************************************
 Przepraszam za tak długą nieobecność, ale w szkole miałam nawał pracy. Jeśli chodzi o długość rozdziału to jestem zadowolona. Lecz jeśli chodzi o treść... Wiem, za każdym razem na nią narzekam, ale chyba inaczej nie potrafią. Po prostu nie udało mi się przedstawić do końca relacji bohaterów w ten sposób, co chciałam. Może potem będize lepiej. 
W panteonie nordyckim zabawimy trochę dłużej, a niedługo, co pewnie niektórych ucieszy, pojawi się Loki. 
Następny rozdział postaram się napisać do końca roku, bo przecież wolny czas trzeba jakoś wykorzystać. 
Pozdrawiam i dziękuję za komentarze,
Mentrix

niedziela, 9 października 2016

Rozdział VII

Na spalonych słońcem pustyniach w głębi kraju, w parujących dżunglach wzdłuż rzeki oraz na zamieszkanych przez dzikie zwierzęta stepach, gdzie każda kropla wody jest bezcennym skarbem, o który się walczy, próbuje przeżyć człowiek. Ludy koczownicze, przemieszczające się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu zwierzyny i jadalnych roślin. Mieszkający w sporządzonych z kości i skór wielkich zwierząt namiotach, prymitywni, lecz żyjący w pokoju ludzie. Wybrani, natchnieni przez Thota, zdolni są nawet leczyć urazy i wytwarzać krzemienne noże. Poszczególne grupy nomadów żyły w pokoju, nie naruszając swoich granic, czasem jednocząc się podczas polować na wielkie zwierzęta.
A nad tym wszystkim czuwali bogowie.
Ojcem panteonu jest tu Ra, władca słońca i bogów. Powstało jako pierwszy, a bojąc się samotności stworzył swoje dzieci. Tefnut, pierwszy byt żeński tego panteonu władała wilgocią, zaś jej mąż – Szu – był panem powietrza. Z ich związku pojawili się Geb i Nut, którzy umiłowali siebie nawzajem. Szu jednak zabronił córce łączenia się ze swym bratem przez wszystkie dni roku egipskiego. Wtedy Nut stworzyła pięć dodatkowych dni, w trakcie których poczęła swoje dzieci. Rozwścieczony Szu rozdzielił na zawsze Nut i Geba, Niebo i Ziemię. Do dziś spoglądają na siebie tęsknie, zatapiając się w miłosnych uściskach, gdy nikt nie patrzy. Bogini nieba zrodziła czwórkę dzieci o niezwykłych umiejętnościach. Izyda – bogini magii i małżeństwa – olśniewała wszystkich swoją urodą, sprawiając, że nawet rozgniewany Szu przestał nienawidzić wnuków. Ozyrys czuwał nad duszami zmarłych, lecz nie odstępował Izydy na krok. Do nich żywił nienawiść Set, pan zła, ciemności i suszy. Jego lękała się też jego żona, Pani Piasków, sprawująca pieczę nad umarłymi, Neftyda. Wszyscy ci bogowie tworzyli Wielką Enneadę, czyli dziewiątkę bóstw, stanowiących fundament panteonu. To im ludy koczownicze oddawały największą część, bojąc się ich gniewu, lecz licząc na ich ochronę.
Wielkim szacunkiem cieszył się też Horus, wojowniczy syn Izydy i Ozyrysa. Młody bóg z niepokojem przyglądał się wujowi, gdy ten nieprzychylnym okiem spoglądał na jego ojca. W porównaniu do Seta był jednak słaby i w pojedynkę za dużo zdziałać nie mógł. Czasem rozmawiał o tym z przyjacielem. Nikt nie wiedział, kto jest ojcem Anubisa, a Neftyda milczała uparcie. Jednak niewątpliwie Sędzia Dusz cieszył się wielką sympatią Ra, co ukracało wszelkie spekulacje. Nie spędzał dużo czasu w Heliopolis, pałacu wszystkich bogów. W odróżnieniu od innych panteonów, Egipcjanie woleli zamieszkiwać ziemię, ukrywszy swój pałac za mgłą, stworzoną przez Izydę. Najczęściej Anubisa można było spotkać w Duat, na styku różnych rzeczywistości, w miejscu, które stworzyła Maat, córka Ra. Była żoną Thota, bóstwa mądrości i nauki, który pomagał rozwinąć się ich wyznawcom, dzieląc się z nimi powoli swoja wiedzą. Wszystkim zagrażał Apopis, olbrzymi wąż, wcielenie zła i chaosu, zamieszkujący głębiny Duat. Atakował Słoneczną Barkę Ra każdego wschodu i zachodu słońca, pragnąc śmierci, boga, który wraz z tarczą słoneczną przemierzał każdego dnia niebo. Sprzymierzeńcem Ra była jego córka, kocia bogini Bastet, która za każdym razem powstrzymywała Apopisa.
Mówi się, że bogowie egipscy ukazywali się ludziom w postaci ukształtowanej przez wyobrażenia wyznawców. Wierni przypisywali im poszczególne zwierzęta, które podziwiali ze względu na ich siłę lub inteligencję, aby ich lepiej zrozumieć.
Panteon egipski nie żył w dobrych stosunkach z bóstwami zamieszkującymi Bliski Wschód. Stworzyli swoich wyznawców jednocześnie i wciąż nie mogli dojść do porozumienia, do kogo należą. Przez większość czasu ignorowali się wzajemnie, starając się jednak jak najbardziej rozwinąć swoje ludy i tereny, które zamieszkiwały. Ludziom pod nieustanną opieką bogów żyło się dobrze, ciepły klimat nie sprzyjał chorobom, które ostatni wyniszczały ludy północy.
Wszyscy bogowie szanują i uznają władzę Ra, lecz nie przeszkadza in to w czekaniu na potknięcie się któregoś w Wielkiej Enneady, aby zając jego miejsce. Dbają o swoich wyznawców, bo wiedzą, że bez ich wiary są bezsilni, wystawieni na ciosy przeciwników. Zazwyczaj tworzą i budują zamiast niszczyć, wypowiadają wojnę każdemu, kto chce zatrzymać rozwój ludzkości i zawrócić ją do jej prymitywnych korzeni. Żaden bóg z mocą niszczenia nie cieszy się tu zaufaniem, a imię Apopisa odważą się wymówić tylko nieliczni.
Oto panteon, który poprowadzi ludzkość do wielkości, sprawi, że jego lud zostanie zapamiętany na wieki, a pamiątki o wielkim imperium, zwanym później Egiptem, przetrwają po dziś dzień. Legendy o faraonach, będących pod bezpośrednią opieką Horusa i Ra, będą wciąż żywe, a hieroglify będą jedną z zagadek, które tak pasjonują naukowców.
Niezwykłe, prawda? Nic dziwnego, że tak się wywyższają, denerwując tym każdego, w tym mnie. Jednak zapominają o jednym, dość ważnym szczególe.
Oto panteon, którego moc upadła, którego państwo musiał przyznać się do porażki. Oto Egipt, który najpierw musiał pokłonić się Aleksandrowi, potem zaś potędze Imperium Rzymskiego. Oto panteon, który zgiął kolana przed chmurowładnym Zeusem.
Jego też nie darzę sympatią.

***

Ra spoglądał na Izydę, a jej mina z pewnością nie zwiastowała dobrych wieści. Piękna bogini była zwykle uśmiechnięta, a ciepło w jej oczach potrafiło zażegnać prawie każdy spór. Czarne włosy przyozdobiła koroną z róż, ubrana w przewiewną tunikę ze złotymi zdobieniami, dłonie zaciskała kurczowo na naszyjniku z ankh. Stała tuż przy podwyższeniu z tronem Ra i wpatrywała się w pradziadka ze smutkiem. Była boginią rodzin, jakikolwiek rozłam przyjmowała jako osobistą porażkę, nawet jeśli tyczyło się to jej boskiej familii. I choć sytuacja była nieciekawa, Ra widział w oczach Izydy nadzieję, że jej brat się opamięta i zaprzestanie swoich działań.
– Nie ufam mu, ojcze. Stara się być dawnym sobą, gdy jestem w pobliżu, ale wiem, że coś go zżera od środka. Podburza nasze ludy. Ostatnio za jego sprawą starły się dwa plemiona, zginęło dwunastu ludzi. To nie tak miało być. Myślałam, że razem zdołamy utrzymać go po naszej stronie, ale…
Seth. Oczywiście, Ojciec Bogów spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Rozmawiał o tym nawet z Tothem, obaj zgodzili się, że zmiana Setha jest nieunikniona. Ale jak Ra miał to przekazał jego rodzeństwu?
Wstał z tronu, schodząc z podwyższenia i stając obok bogini. Nigdy nie lubił spoglądać na innych z góry. Położył dłoń na jej ramieniu, oferując odrobinę rodzinnego ciepła, którego Izyda potrzebowała.
– Jest coś jeszcze, prawda?
Izyda westchnęła ciężko, spuszczając głowę. Jej brązowa skóra zdawała się być stanowczo za jasna, co było znakiem, że bogini od kilku dni musiała być wręcz chora z niepokoju.
– Wczoraj pomagałam Neftydzie uprzątnąć bałagan po walce plemion, którą spowodował Seth. Zostawiłam Horusa samego, a wtedy przyszedł do niego Seth.
Ra spiął się i powstrzymał chęć, aby iść i sprawdzić, czy z Horusem wszystko w porządku. Bóg był młody, a pełne jadu słowa Setha mogły wsiąknąć w jego duszę. Ojciec Bogów pamiętał, że mało brakowała, a nawet on uległby manipulacji Pana Pustyni.
– Najpierw mówił mu o Anubisie. Opowiadał, jak wielką sympatią się u ciebie cieszy. Pytał, czy nie jest o to zazdrosny. Czy nie chciałby zająć miejsca Anubisa? Seth namawiał go, aby podczas następnego spotkania się go… pozbył.
Dość, zabije Setha, nie ważne, że jest częścią rodziny. Czasem należy kierować się najpierw sercem, a Ra zdecydował, że właśnie nadeszła ta chwila. Potem zajmie się Horusem. Bóg był młody, podatny na innych, a Seth doskonale wiedział, jak to wykorzystać.
– Spokojnie. – Tym razem to Izyda zacisnęła rękę na jego ramieniu, żądając, aby się uspokoił. – Seth nie docenił więzi, jaka nawiązała się między Horusem i Anubisem. Anubis mógł stać się odludkiem, ale wciąż jest najlepszym przyjacielem mojego syna. Lojalność Horusa jest bez zastrzeżeń. Sędziemu Dusz nic nie grozi.
Ra wątpił, aby Horus był w stanie zranić Anubisa, nawet jeśli starałby się z całego serca. Niewątpliwie syn Izydy był lepszym wojownikiem niż opiekun zmarłych, posiadał też znacznie większą moc. Jednak Anubis ostatnie lata spędzał w Duat, gdzie zapuszczali się tylko nieliczni bogowie. Ra nie wiedział już, o czym myśli młody bóg, co nim kieruje. Zwykle wiedział o wszystkim, co się działo w panteonie, choć rzadko pojawiał się na wiecach. Ojciec Bogów powinien się czuć zaniepokojony, ale po prostu mu ufał. I miał nadzieję, że ten nigdy nie zawiedzie jego zaufania.
– Namawiał Horusa, aby zajął miejsce ojca, aby go zabił. Horus rzucił się na niego z mieczem, ale wtedy Seth zniknął wśród piasku pustyni.  Nie udało mu się, ale spocznie póki nie pozbędzie się Ozyrysa. Ojcze, jestem pewna, że Seth chce obalić mojego męża.
Ra musiał się zgodzić z Izydą. Seth był żądny władzy, a potężny brat z pewnością mu przeszkadzał. Nie zaatakuje bezpośrednio, Pan Pustyni żył we własnym świecie, cenił sobie podstęp, oszustwo i manipulację. Jeśli bogowie mogli być czegoś pewni, to tego, że Seth nie wbije osobiście chepesza w serce Ozyrysa. Raczej posłuży się innym bogiem.
– Mówiłaś o tym Ozyrysowi? Jeśli nie, to natychmiast go powiadom. Musi na siebie uważać. Mamy w panteonie zdradliwego węża, który sączy jad w nas wszystkich.
Izyda skinęła głową, ruszając do drzwi pałacu. Zatrzymała się jednak w progu i spojrzała na starca. W jej spojrzeniu nie było już niepokoju, tylko niezachwiana stanowczość. Izydy nigdy nie należało traktować jako słabej bogini małżeństwa. Jeśli Seth nie naprawi swojego błędu, jego pomyłka może się okazać dość… zabójcza.
– Ojcze? Nie jest to groźba skierowana do ciebie, lecz chciałabym, abyś sobie coś uświadomił. Nie jestem tylko boginią małżeństwa. Jeśli ktoś podniesie rękę na mego męża lub syna, jeśli ich zrani, pozna gniew bogini magii, który może nie mieć końca. Skona w straszliwych mękach.
Ra z szacunkiem skłonił głowę, przyjmując deklarację bogini. Wiedział, że zadbała, aby usłyszał ją każdy członek ich panteonu. Stał w bezruchu, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła Izyda. Zazwyczaj była łagodna, lecz gdy szło o jej najbliższą rodzinę, zmieniała się w rozjuszoną lwicę. Lecz…
– To nie powstrzyma Setha. – Cichy głos nie zaskoczył Ra, tak samo jak widok młodego boga, który rozparł się wygodnie na tronie.
Anubis jako jedyny z panteonu wyglądał, jakby nigdy nie widział słońca. Jego skóra była wręcz chorobliwie blada, a w połączeniu ze złotymi oczami i ciemnymi włosami wyglądał jak sama Śmierć. W udziale przypadło mu niezbyt miłe zajęcie, jakim był pogrzeb, przeprowadzanie duszy do Krainy Zmarłych i osądzenie jej. Nie miał za dużo pracy. Ludzi było stosunkowo niewielu, a zgony do licznych nie należały. Każdego dnia ktoś umierał, głównie stratowany przed zwierzynę, na którą się zasadził z towarzyszami. Lecz był to pojedyncze przypadki, więc Anubis odprowadzał dusze góra pięć razy dziennie. Jednak ostatnie działania Setha przysporzyły mu dodatkowej pracy.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale na razie nie zrobił nic, o co mógłbym go oskarżyć. Tym samym mam związane ręce. Poczekam…
– Na co poczekasz? Aż zabije kogoś z nas? Nie chcę wiedzieć, co się dzieje z bogiem, gdy umiera. A może poczekasz, aż staniesz się marionetkowym władcą? Ze swoimi umiejętnościami Seth bez trudu będzie nami manipulował. Jesteś królem, Ra. Twoje decyzję są niepodważalne. Zniszcz problem w zarodku.
– Obawiam się, Anubisie, że tego nie da się już zdusić w zarodku. Nie widzisz, co zrobił Seth? Kieruje tobą, twoje słowa to jego słowa, choć długo się nie widzieliście. Namawiasz mnie do zabójstwa. Robisz to samo, co on uczynił z Horusem. – Podszedł bliżej, wpatrując się w złote tęczówki. Tak jak myślał, na dnie czaił się cień, ciemność, która pierwotnie należała do Setha. – Nie daj mu się omamić, Anubisie. To przebiegły kłamca, jakże inteligentny! Jestem królem, to prawda. Nie dlatego, że narodziłem się jako pierwszy. Nasz rodzina mnie wybrała, moi poddani mnie wybrali. Ustaliłem pewne zasady. Jeśli je złamię, zniknie poczucie bezpieczeństwa i zaufanie jakim mnie darzyli.
– Lepiej, aby się bali, niż gdybyś był pozbawiony realnej władzy. Problemem jest Seth, ale przyjdą kolejni. Jednak jeśli zadbasz o to, aby czuli do ciebie respekt i szacunek, to mogą cię nienawidzić, ale nie złamię praw – mruknął niepewnie Anubis, udając, że uważnie ogląda złotą bransoletę na nadgarstku.
Ra westchnął głośno, przesuwając dłonią po siwych włosach. Zawsze uważał, że wygląd dojrzałego mężczyzny doda mu majestatu. Nie był próżny, lecz chciał być jak najlepszym królem, jakim go widziała rodzina.
– Widziałeś się z Sethem, prawda? Dwa, trzy tygodnie temu? Czego chciał?
Niepewność zagościła w oczach Przewodnika Dusz, dając Ra odpowiedź, zanim jego towarzysz zdołał otworzyć usta.
– Myślałem, że chce tylko porozmawiać. Jeszcze nie zaczął swojej gry, więc nie uważałem go za niebezpiecznego.
Błąd. Zdawał sobie teraz sprawę, że to był błąd. Rozmawiali tylko chwilę, nie poruszając istotnych tematów, ale przez odpowiedni dobór słów bóg zła zdołał…
– Zatruł ci umysł swoimi poglądami. Wykorzystał do tego niewielką ilość magii, nawet się nie zorientowałeś. Na tym etapie mogę jeszcze coś z tym zrobić.
Oczy Ra rozbłysły niczym słońce, którego był bogiem. Z satysfakcją wpatrywał się w cień w oczach Anubisa, który niechętnie oddawał pole migoczącemu złotu, aż wreszcie całkowicie zniknął. Bóg mógł przysiąc, że słyszy wściekły krzyk Setha.
Młodszy bóg poderwał się z tronu, który zajmował do tej pory. Dopiero teraz, mając już czysty umysł, zdał sobie sprawę, jak mało brakowało, aby stał się marionetką złego boga. Musiał się uspokoić, musiał wszystko przemyśleć. Musiał... rozważyć zabicie Setha na własną rękę. Ra nie mógł tego zrobić, nie mając żadnych podstaw. Lecz jemu nic nie stało na przeszkodzie. Oprócz tego, że był zbyt słaby, aby mierzyć się z kimkolwiek z Wielkiej Enneady. Potrzebował ciszy i spokoju, a znał tylko jedno miejsce, które zapewniało mu obie te rzeczy. Duat.
– Muszę już iść – mruknął, schodząc z podwyższenia. Ra odprowadził go zaniepokojonym wzrokiem. Znów uciekał do swojej samotni. Kiedyś spędzał sporo czasu z Horusem, a teraz… Pokręcił zrezygnowany głową. Nie będzie teraz w to wnikać. Ma na głowie Setha. Nie wiadomo, z kim bóg zła rozmawiał, kogo umysł zatruł swoimi jadowitymi słowami.
– Zaczekaj, mam prośbę. Spędzaj więcej czasu z innymi. Nie zamykaj się w Duat. Na samym dnie tego wymiaru jest uwięziony Apopis, a długie przebywanie w tym samym miejscu co on… Nie zamykaj się na nas, chłopcze, bo to najgorsza rzecz, jaką możesz zrobić. Nie jesteś szczęśliwym bóstwem, Anubisie. Was, bogów śmierci z każdego panteonu, czeka podobny los. Gdy nasza rodzina, cywilizacja upadanie, będziesz ostatnim, który przestanie istnieć.  Będziesz przez jakiś czas całkiem sam. Przykro mi, ale nie da się tego zmienić. Bo co byśmy nie zrobili, śmierć zawsze umiera ostatnia.
Wstrząsy nastąpiły nagle. Ra wpatrywał się oczekująco w Anubisa, a chwilę później musiał odskoczyć w bok, aby nie zostać przegniecionym kawałkiem sufitu. Cały pałac trząsł się w posadach, silny wiatr otworzył z hukiem drzwi, krople deszczu wpadły do Sali. W oddali huknął piorun. Burza nigdy nie powinna pojawi się na południu. Czyżby to Seth coś kombinował? Jednak nikt z Egipcjan nie władał burzą. Byli atakowani przez inny panteon? Sumeryjscy bogowie byliby do tego zdolni.
Rzucił się do drzwi, chcąc przyjrzeć się dokładniej zaistniałej sytuacji. Powstrzymał go cichy okrzyk bólu. Anubis klęczał na kamiennej posadzce, trzymając się za serce. Wokół spadały odłamki sufitu, cala sala była pokryta unoszącym się w powietrzu pyłem.
Sędzia Zmarłych zacisnął zęby, próbując oswoić się z bóle. Czuł się rozrywany od środka, tysiące dusz pragnęło jego uwagi, aby odprowadził je do miejsca wiecznego spoczynku. Liczba ta przytłaczała, a martwych z każdą chwilą było więcej. Ich jęki i krzyki mieszały mu się z własnymi myślami, nie pozwalając się mu skupić. Wiedział, że kiedyś to nadejdzie. Ludzi będzie coraz więcej, w ciągu minuty będzie umierać kilkadziesiąt osób, a on będzie musiał być w kilkudziesięciu miejscach jednocześnie. Jeszcze tego nie potrafił. Nie był gotowy.
Ra zacisnął rękę na jego ramieniu, ale nie wiedział, jak pomóc. Przydałby się Ozyrys, chociaż nawet on mógłby nie mieć o niczym pojęcia. Odprowadzanie dusz było zadaniem Anubisa, jego i tylko jego. Ojciec Bogów był rozdarty. Wiedział, że ginął ludzie, których jego panteon stworzył i obiecał opiekę. Stan Anubisa był tego potwierdzeniem. Jeśli byli atakowani, powinni stawić czoła nieprzyjacielowi. Musiał natychmiast wezwać pozostałe bóstwa i ustalić plan działania. Lecz… Spojrzał na młodszego boga. Bał się, że jeśli go zostawi, to on zwariuje. Nie trzeba było być bogiem mądrości, aby wiedzieć, że każda dusza walczy o uwagę tego boga, co równa się z istnym chaosem w myślach.
Odetchnął z ulgą, gdy rozpoznał energię materializującej się w pomieszczeniu bogini. Czując jej przyzwolenie, wybiegł z Sali.
Anubis poczuł ręce, owijające się wokół niego i podnoszące go z posadzki. Z westchnieniem ulgi oparł się o boginię, przymykając oczy. Ciepłe, łagodne, pełne współczucia i matczynej troski ręce gładziły go po włosach, próbując zabrać ze sobą ból.
– Możesz oddać mi połowę – zachęciła Neftyda, tuląc go do piersi. Anubis mógł mieć kilkaset lat, ale według boskich standardów wciąż był dzieckiem, które po prostu za szybko dorosło. I teraz, w ramionach matki, czuł się wyjątkowo szczęśliwy. Neftyda dzięki małżeństwu z Sethem stała się Panią Śmierci. I właśnie po raz pierwszy zamierzała wykorzystać swoje przywileje, aby pomóc synowi.
Zamknęła oczy, zanurzając się w krainie śmierci, bólu i rozpaczy. Widziała światło, które było Anubisem, do którego lgnęły wszystkie duszę, pragnąc wieczystego spokoju. Chwyciła połowę z nich i siłą przyciągnęła do siebie. I zaczęła siłą wysyłać je do Krainy Ozyrysa. Je wszystkie trzeba będzie osądzić, ale tym można się zająć później. Sąd nie musiał być natychmiastowy.
Nikt, ani dusze zmarłych, ani Seth, ani inne panteony. Nikt nie skrzywdzi jej syna. Zadba o to.
***

– Nie jesteśmy atakowani. Żaden bóg nie naruszył naszej granicy, a Seth siedzi na pustyni i z tego co mówił, nie zamierza się na razie stamtąd ruszać – poinformował Thot, wchodząc do Sali Posiedzeń z żoną u boku. Maat uśmiechnęła się promiennie do Ra, pozdrawiając swojego ojca. Ojciec Bogów przerwał swoją rozmowę z Ozyrysem, analizując nowe informacje.
– Co może sprawić, że drży cała ziemia? – mruknął Ozyrys, próbując zetrzeć krew z białej tuniki. Zmierzając do pałacu w podnóża gór natknął się na plemię, próbując uratować towarzysza, którego przygniotła wielka skałą. Z tego co mówili, spadła prosto z nieba. Pomimo pomocy Ozyrysa, człowiek nie przeżył.
– I płonie – dodał Geb, krzywiąc się cierpiętniczo. Ból ziemi był jego bólem. Bogowie spojrzeli na niego pytająco. – Północne granice naszego terytorium stoją w ogniu, którego nie mogę ugasić. Wszystko tam zginęło, nie ma żywej duszy. Z nieba spadają wielkie odłamki skalne, ziemia drży, uderzają w nią pioruny.
– Gdzie jest ognisko tych zjawisk?
– Azja Mniejsza.
Odpowiedź przyszła, choć nikt jej się nie spodziewał. Przez salę przeszedł podmuch wiatru, obwieszczając przybycie boga, który od wieków nie pokazywał się rodzinie na oczy. Szu rozsiadł się wygodnie prze końcu stołu, gładząc z zadowoleniem swoją długą, siwą brodę. Zignorował zdumione spojrzenia bogów, dzieląc się informacjami, przez które tu przybył.
– Zeus i jego rodzeństwo toczy walkę o władzę… W tym momencie Zeus walczy z Kronosem, a Hades z Posejdonem odpierają szturm na Olimp. To jeszcze trochę potrwa. Ziemia płonie, wyrywają góry i ciskają nimi w siebie. Barbarzyńscy bogowie. – Wydął pogardliwie wargi.
– Barbarzyńcy to raczej Celtowie i Nordycy – zwróciła mu uwagę Maat. Szu wzruszył tylko ramionami, nie przyjmując tego do wiadomości. Jego zdania nic nie zmieni.
– Celtowie właśnie pokryli całą Północ lodem, zabijając wszystkich ludzi i zwierzęta z niewiadomego powodu. I to bez zgody Nordyków. Będzie wojna – obwieścił radośnie. Uwielbiał wiedzieć więcej niż inni. Informacje były bezcenne, a on, jako bóg wiatru, mógł dostać się niezauważony prawie wszędzie.
– Wróćmy do tematu. Nas, w przeciwieństwie do Północy, zaraz strawi ogień. Co robią Sumerowie? Są bliżej źródła – spytał Ra, wpatrują się w mapę, która zajmowała cały stół.
– Nie zamierzają interweniować. Jeśli Zeus wygra, będzie im to na rękę. Stworzyli barierę wokół swojego terytorium, bronią ziemię i ludzi. Powinniśmy pójść w ich ślady.
– Przeklęci Sumerowie – syknęła Nechbet, gładząc siedzącego na jej ramieniu sępa. Jej oczy przypominały ślepia krwiożerczego ptaka, który upatrzył swoją ofiarę. Zawsze pierwsza do zwady i bójki. – Zawsze są krok przed nami. Będą się pysznić, jeśli postąpimy tak jak oni…
– Milcz, Nechbet. – Bezwzględny rozkaz padł z ust Ra. Bogini spojrzała na niego niechętnie, ale zacisnęła usta. Ojciec Bogów zamknął oczy, wzywając wszystkich bogów, nawet tych najmniejszych, do pałacu. Nie miał wątpliwości, że Seth nie użyczy swojej energii do stworzenia bariery, a Anubis z Neftydą będą zbyt zajęci duszami. Potrzebował każdej ilości mocy, jaką mógł zgromadzić.
Do mnie. Już.
Zniecierpliwiony wpatrywał się w pojawiających się w sali bogów. Obok niego stanęła Izyda z Horusem. Młody bóg jak zawsze ubrany był w zbroję i z mieczem u boku. Obdarzył Ra bystrym spojrzeniem i usiadł obok ojca. Bogini magii uśmiechnęła się, widząc swoją rodzinę wreszcie razem. Czasem obowiązki Ozyrysa zmuszały go do podróży na drugi koniec kontynentu.
Hathor, Mut, Bes, Ptah, Hapi, Neit, Sachmet, Sobek. Tefnut I siedzący na przeciw siebie Geb i Nut. Brakowało tylko…
– Gdzie Chonsu? – Bóg księżyca był bardzo sumienny, nie zignorowałby wezwania najwyższego bóstwa. Czasem się spóźniał - zapominał o upływającym czasie, gdy tylko zasiadał do partyjki senet. Jednak w tej sytuacji wstrząsy na pewno wytrąciłyby go z zamyślenia nad grą.
– Na drugim końcu kontynentu. Jest dzień, nie da rady tu przybyć.
Jak każdy z nich, Chonsu miał ograniczenia. Nie mógł podróżować za dnia, słońce go wykańczało. Był w stanie przebyć krótki dystans, potem padał wycieńczony i kolejny dzień odzyskiwał siły. Wędrówki przez kontynent przed zapadnięciem zmroku nie przetrwa. Ra musiał pogodzić się z nieobecnością boga, co wiązało się z mniejszą ilością mocy.
Westchnął ciężko w myślach. Była jeszcze Bastet, ale jej nie odważy się wezwać. Kocia bogini pilnowała więzienia Apopisa w głębi Duat, a Ojciec Bogów nie miał zamiaru zabierać jej ze stanowiska. Wolał całkowitą zagładę ludzi i zniszczenie terenów należących do ich panteonu, niż Apopisa na wolności.
– Zacznijmy…

***

W Duat było cicho, nic nie zakłócało spokoju, a otaczała go pustka. Miało się wrażenie oderwania się od świata, co w pewnym sensie było prawdą. Za pomocą wyobraźni można tu było stworzyć wszystko, odrobina magii i miałeś już swój dom, miejsce, gdzie nikt nie zagląda, gdzie możesz na spokojnie pomyśleć. A Anubis właśnie rozpaczliwie potrzebował odpoczynku. Pękała mu głowa, choć wszystkie dusze znajdowały się już na Sali Sądu i nie mąciły mu w głowie. Nie było jęków, krzyków, nawoływań. Lecz ich echo pozostało, a Anubis podejrzewał, że minie dobre kilka dni, zanim dojdzie do siebie i zregeneruje swoją energię. W tej chwili był jej niemal całkowicie pozbawiony.
Jego matka czuła się lepiej, została w pałacu, aby pomóc bogom wznieść barierę. Bóg nie czuł się na siłach i wrócił do siebie. Po prostu uciekł. Na samą myśl, że ktoś zażądałby od niego najmniejszego wysiłku lub narzucałby mu swoje towarzystwo, miał zawroty głowy, których trudno było się pozbyć. W tej chwili chciał być sam.
Nakreślił w powietrzu odpowiedni znak i pojawiły się czarne drzwi. Wszedł i opierając się o ścianę dotarł do najbliższej sterty poduszek. Rzucił się na nie, starając się ignorować wszystko wokół. Minutę później stwierdził, że musiał się czymś narazić Bastet, skoro bogini szczęścia zsyła na niego taką karę. Leżał z zamkniętymi oczami jeszcze przez chwilę w nadziei, że nieproszony gość zniknie.
– Wyjdź – warknął, gdy jego irytacja sięgnęła zenitu. Odpowiedziała mu cisza, przerywana odgłosem kroków, gdy gość podszedł bliżej. Anubis otworzył oczy, próbując zabić przybysza wzrokiem. Przysłużyłby się całemu panteonowi. Seth zignorował jego spojrzenie, ponownie podrzucając w powietrze szklaną kulę. Prezent od Izydy. Bóg zła nie miał prawa go dotykać.
Anubis wyciągnął rękę, a kula poszybowała w powietrzu i spoczęła mu na dłoni. Seth w końcu zwrócił na niego uwagę, rozbawione spojrzenie czarnych oczu starło się złotym, pełnym nieskrywanej nienawiści.
– Wyjdź – powtórzył Sędzia Zmarłych, stając chwiejne na nogach. Seth zmierzył go spojrzeniem, a jego usta wygięły się w kpiącym spojrzeniu.
– Nie wyglądasz na takiego, który jest w stanie rozkazywać. Podobnie jak cała reszta panteonu. Wszyscy są żałośnie słabi po wzniesieniu tej bariery. Poświęcać się tak dla ludzi i ziem. Idiotyzm.
– Czego chcesz?
– Aktualnie rozkoszuję się myślą, z jaką łatwością mógłbym ich teraz wszystkich zabić. Ale… - uśmiechnął się, widząc przerażone spojrzenie młodszego boga – gdzie byłaby tu zabawa? Gdzie intryga? Gdzie zdrada? Gdzie zło, które uradowałoby mą duszę?!
Anubis spojrzał na niego ponuro, nic nie mówiąc. Z całych sił starał się utrzymać na nogach. Czuł, jakby Seth wysysał z niego energię, która mu została. Próbował nie słuchać tego, co mówił Pan Pustyni.
Nie widzisz, co zrobił Seth? Kieruje tobą, twoje słowa to jego słowa, choć długo się nie widzieliście. Zatruł ci umysł swoimi poglądami. Wykorzystał do tego niewielką ilość magii, nawet się nie zorientowałeś. Nie daj mu się omamić, Anubisie. To przebiegły kłamca, jakże inteligentny!
Słowa Ra pięknie wszystko podsumowały. Anubis miał w sobie tą ciemną stronę, której było brak Horusowi. Był podatny na manipulacje Setha, może najbardziej z całego panteonu. Trzy tygodnie temu rozmawiali. Nic ważnego, kilka wymienionych między sobą zdań. A on został zmanipulowany i nawet tego nie zauważył. Tezy boga przeniknęła do jego umysłu, zatruwając go. Ra go wyleczył, a teraz…
Teraz Anubis się bał. W środku trząsł się ze strachu. Nie lękał się tego, że Seth mógłby go skrzywdzić. Martwiło go to, co może zrobić innym, gdy bóg zła będzie nim manipulował. Każde jego słowo było wyważone, niosło ze sobą odpowiednią dawkę emocji, by nie mógł go szybko zapomnieć. By śniło mu się po nocach.
Seth był podłą żmiją i istniało na to tylko jedno antidotum. Nie pozwolić mu mówić. Rozejrzał się dookoła, a jego wzrok natrafił na podarte pasy materiału. Pozostały po ostatniej wizycie Horusa, gdy próbowali zatamować krwawienie. Bóg nieba został ranny w pojedynku, na który wyzwał jakiegoś boga sumeryjskiego. Bardzo lekkomyślne, Anubis ledwie zdołał go stamtąd zabrać, nim sumeryjska stal przeszyłaby na wylot jego przyjaciela.
Skupił się, a materiał uniósł się w powietrze. Nie miał za bardzo pomysłu, co z nim zrobić, oprócz tego, że musi zatkać rozmówcy usta. Do jego umysłu docierały fragmenty wypowiedzi Setha. Tak jak myślał, opowiadał mu, jak to wszyscy kochają Horusa się o niego troszczą. Pytał, czy nie jest zazdrosny. Problem polegał na tym, że trafił pod zły adres. Anubis także kochał i troszczył się o przyjaciela.
Sędzia Umarłych wyrzucił ręce do przodu, całkowicie zaskakując tym Setha. Pasy materiału owinęły ciasno całe cało boga, skutecznie zatykając mu usta. Przeciwnik był pewien, że Anubis nie ma już na nic siły. Tylko dlatego mu się udało. Drzwi do Duat otworzyły się, a Anubis ostatnimi siłami wypadł na pomysł jak się uwolnić.
Padł na poduszki, zamykając oczy. Zanim zasnął, przemknęło mu przez myśl, że ciało owinięte pasami materiału wygląda bardzo ciekawie. Gdyby owinąć tak zmarłego człowieka. I gdyby jeszcze pozbawić go wnętrzności…

***

Bariery wzniesione przez Sumerów i Egipcjan ochroniły Południowy Kontynent i ludzi na nim mieszkających. Z powodu sprzyjającego klimatu ludy przetrwały, lasy były bujne, a gatunkach zwierząt można było przebierać. Nic więc dziwnego, że to tam powstały potem zalążki pierwszych cywilizacji. Przetrwał gatunek, który później nazwiecie homo sapiens.
Z kolei Północny Kontynent pokrył lód. I miał on pozostać pod pokrywą lodową przez jeszcze jakiś czas. Wszystko zamarzło, północne plemiona wyginęły. A wszystko przez kaprys celtyckich bogów, ich wzajemną nienawiść do siebie, pragnienie władzy. Oczywiście, wy dopatrujecie się tutaj przyczyn całkowicie naturalnych. Ochłodzenie klimatu, wzrost liczby opadów spowodowały powstanie lodowców i lądolodów. To naprawdę... zabawne. Nadaliście nawet tej epoce nazwę. Epoka lodowcowa. Epoka, w której wyginął homo sapiens neanderthalensis.
Naprawdę, wy, ludzie, macie wielką wyobraźnię.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Z serii: potrzeba matką wynalazków.
Uchylam rąbka tajemnicy i prezentuję państwu w jakich okolicznościach powstała pierwsza mumia :D I dlaczego mieliśmy epokę lodowcową oraz co stało się z neandertalczykami...
Zdaję sobie sprawę, że wiele przeinaczam i naginam jak się da, ale to chyba prawo autora fikcyjnej opowieści, prawda? Bogowie mogą się wydawać dziwni, ale oni nie są jeszcze w pełni ukształtowani. Niektórzy wciąż muszą jeszcze dorosnąć. Pisałam ten rozdział z dużymi przerwami i coś mi nie wyszedł. Ostatnio naprawdę ciężko mi się pisze. Mam nadzieję, że to minie i znów to będzie przyjemnością, a nie wysiłkiem. Bo mam wrażenie, że z tego rozdziału do się wyczuć moje zmagania :D Przepraszam, że tak długo nic nie wstawiałam, postaram się poprawić.
Proszę o komentarze przepraszam za literówki, których nie mam teraz siły szukać. 
Pozdrawiam,
Mentrix

sobota, 13 sierpnia 2016

Rozdział VI

Nie powinien go tam wysyłać. Trzeba było się tam samemu wybrać, a nie siedzieć w pałacu i biernie się przyglądać. Gdyby to zrobił… Wszystko potoczyłoby się inaczej, wynik starcia byłby dla niego satysfakcjonujący. Dlaczego nie postanowił się oderwać od tych zakurzonych ksiąg i pokonać wroga? Dlaczego wysłał Indrachta?
To był błąd.
A za błędy się płaci.
– I to słono – mruknął Dagda, przecierając oczy. Pod powiekami wciąż miał sceny, jakie ujrzał w powierzchni księżyca. Miesiąc temu zawarł pakt z bogiem księżyca. Gdy Srebrny Glob oświetlał ziemię, mógł zobaczyć to, co widział Indracht. I nawet poczuć.
Jego dłoń bezwiednie powędrowała do serca. Wciąż biło, choć miał przedtem wrażenie, że zamarło na kilka sekund. Znów wznowiło swą pracę. Lecz Indracht był martwy. Prawdopodobnie zaraz do pałacu przybędzie wściekły Belenus, który pewnie już dawno wyczuł śmierć przyjaciela. Dagda zagryzł wargę. Oczywiście, zrzuci całą winę na Diancechta, lecz to nie on wysłał boga księżyca, aby zniszczył Lekarza. Sądził, że w nocy będzie nie do pokonania.
Błąd.
Ale przynajmniej wiedział, jak zabija Diancecht. Znajdzie sposób, a gdy spotkają się ponownie, będzie odporny na jego nowe umiejętności. A jeśli jeszcze zdoła w pełni opanować swoje nowe moce…
– Królu, przybyła pani Cailleach. – Głos odźwiernego wyrwał go z zamyślenia, odsuwając wyrzuty sumienia na bok. Przynajmniej ona zdążyła przybyć przed Belenusem. Miał jeszcze coś do zrobienia, zanim wda się w kłótnię z bogiem Słońca. Diancecht był na ziemi, na Północy, nie wyczuł, aby się teleportował. Trzeba go było wykończyć, dopóki znali jego pozycję. A Cailleach nadawała się do tego idealnie.
Drzwi trzasnęły, zamykając się za boginią. W komnacie zapanował chłód, liczne lustra pokryły się szronem. Dagda zarzucił na ramiona przygotowany wcześniej płaszcz i dopiero wtedy odwrócił się do gościa. Wiedział, jak wyglądała, ale i tak nie powstrzymał się przed skrzywieniem. Jego samego nie można było zaliczyć do tych pięknych bogów, ale… Przynajmniej jeszcze mieścił się w normie.
Cailleach była po prostu obrzydliwa. Należała do Pierwszego Pokolenia, z którego przeżyło tylko kilku bogów. W tym ona. Dagda, choć był jednym z najstarszych z Drugiego Pokolenia, wciąż czuł respekt, spoglądając na pomarszczoną twarz starej kobiety. I wstręt. Siwe włosy co chwila wypadały, z tam gdzie jeden z nich upadł, lód pokrywał ziemię na wieki. Nagle zaczął obawiać się o swój dywan.
Białe oczy bogini spoczęły na Królu Bogów, pozbawione źrenic, niewidome. Pomarszczona, stara skóra zwisała z policzków, usta wygięły się w kpiącym uśmiechu. Nie miała zębów. Wyglądała, jakby miała zaraz umrzeć, ale potrafił wyczuć moc, która kryła się w tym kruchym ciele. Pani Zimy, Śnieżna Starucha. Gdy przegrywała bitwę z Panią Wiosny, piękną boginią z Pierwszego Pokolenia, zamieniała się w kamień, a na ziemi panowała wiosna. Po trzech miesiącach znów stawały do walki, bezsensownego pojedynku, bo każdy wiedział, że tym razem wygra Pani Zimy.
– Czego chcesz, chłopcze? – wychrypiała, wyciągając kościste ramię i zaciskając pomarszczone i powykręcane palce na jego ramieniu. Cofnął się o krok, a blade wargi wygięły się w pełnym satysfakcji uśmiechu. Nienawidził przebywać w towarzystwie Pierwszych. Miał wrażenia, że sobie z niego kpią i mogą go zabić jednym ruchem ręki. Zazwyczaj kontaktował się z nimi Belenus albo Lugh. Kolejna rzecz, której nie mógł wybaczyć Władcom. Pierwsi ich szanowali.
Jego też będą. Wkrótce. Musi tylko opanować swoją moc. Przeżył bez jej ujawniania sześćdziesiąt lat, wytrzyma kolejne tyle, aż będzie gotowy.
– Diancecht ukrywa się na Północy. Musisz…
– Ten zdrajca? – przerwała mu Cailleach, uśmiechając się jeszcze szerzej. Dagda miał wrażenie, że jej skóra zaczyna pękać w kilku miejscach. Jednak ten uśmiech mówił wszystko. Znała prawdę.
– Tak, ten zdrajca i zabójca – rzucił pewnie, oczekując najmniejszego sprzeciwu z jej strony. Pierwsi nie dbali o sprawiedliwość, więc nie powinna się mieszać.
– Szkoda, pamiętam go jako małego chłopca. Naprawdę urocze dziecko. Co mam zrobić? I co będę z tego miała?
Pierwsi byli chciwi. Nie zawiódł się na nich.
– Proszę cię tylko, abyś królowała nad ziemią przez kolejne dziesiątki, a może nawet setki, lat. Abyś pokryła Północ śniegiem i lodem, abyś zabiła Diancechta, który gdzieś się tam ukrywa.
– A co z twoimi druidami? Chyba zamieszkują tamte tereny?
– Ofiary są konieczne. Jesteś go w stanie zabić?
– Wątpisz we mnie? – zarechotała głośno, lecz po chwili musiała przestać, dusząc się własną śliną. – Sprowadzę na ziemię zimę, której nikt nigdy nie widział. Lód, który zabije każdego, zwierzę, człowieka czy nawet boga. Stworzę śnieg, który zadusi pod sobą rośliny. Spowoduję katastrofę, wszystko na ziemi wyginie, a ona pokryje się lodem. Tego pragniesz?
Dagda zawahał się. Ziemia nie należała tylko do niego. Inne panteony mogły mieć coś do powiedzenia w tej sprawie, a nie mógł wszczynać z nimi wszystkimi wojny. Nie sądził, aby Nordycy interweniowali, a z panteonami południa mogło być gorzej. Przykładały niezwykłą wagę do ludzi, których stworzyli, dzielili się z nimi swoją wiedza. Nie byliby zadowoleni, gdyby ich cała praca legła pod lodem.
– Tylko Północ. I masz wykończyć Diancechta.
– Jak sobie życzysz, królu. Zamienię go w lodową rzeźbę ogrodową. Będziesz mógł ją osobiście roztrzaskać na tysiące kawałków. Tylko pamiętaj, Epoka Lodowcowa jest twoją winą, twoimi wyrzutami sumienia, ty za nią bierzesz odpowiedzialność. – Jej głos zamienił się w podmuch zimnego powietrza, gdy znikała na jego oczach. Gdy mówiła o zabijaniu i śmierci… Miał wrażenie, że traktuje to jako rozrywkę, urozmaicenie czasu. Nawet nie zastanowiła się, czy odebrać życie tylu niewinnym. On głowił się nad tym od godziny.
Zawarł umowę z Pierwszą. Oddał jej ziemię we władanie na kolejne setki lat. Każe jej ustąpić wcześniej. Musiała go posłuchać, a końcu był Królem Bogów.
Tylko czy Pierwsi wciąż byli bogami?
***

Właśnie spożywał kolację. Stół uginał się pod ciężarem pieczonego mięsa i owoców, dzban wina stał dumnie na stoliku obok. Służący doniósł kolejną potrawę, stawiając ją ostrożnie na stole. Półmisek z rybą przechylił się w bok, a na śnieżnobiały obrus skapnął sos. Młody chłopak spojrzał przerażony na Dagdę, lecz Król Bogów zbył go machnięciem ręki, nakładając na pajdę chleba gruby kawałek sera. Pieczony dzik wyglądał zachęcająco, więc ukroił kawałek i wsadził do ust. Mruknął aprobująco, czując, jak mięso wręcz rozpływa mu się w ustach.
Próbował zajeść pustkę w sercu. Czuł ja za każdym razem, gdy spoglądał na dwa puste krzesła przy stole. Miał wystarczająco dużo czasu, aby pogodzić się ze śmiercią żony i córki, ale to wciąż bolało. Przeniósł wzrok na czwarte krzesło. Było puste odkąd pamiętał. Brigid nie odwiedziła go od momentu, w którym powiedział jej o zaręczynach z Bresem. Nie rozumiała jeszcze, że potrzebował tego boga, aby sprawował silną władzę na terenach córki. Bogini kowalstwa pobłażała swoim poddanym. Kochali ją, ale nie mieli do niej szacunku. Przynajmniej tak to widział Dagda. Ogma próbował kiedyś wyprowadzić go z błędu, ale skończył z rocznym zakazem zbliżania się do zamku. Od tego czasu Brigid się do niego nie odezwała, nawet gdy wysłał jej wiadomość o nowej mocy, którą posiadł.
I której wciąż nie potrafił opanować do perfekcji.
Był w trakcie deseru, gdy usłyszał głośny huk. Skrzywił się. Wiedział, kto go odwiedził. Spodziewał się tego, lecz miał nadzieję, że dotarcie tutaj zajmie mu więcej czasu. Siedział spokojnie, wsłuchując się w tupot stóp, gdy służba umykała w poszukiwaniu bezpiecznego schronienia. Biedacy, prawdopodobnie jeszcze nigdy nie spotkali się z takim widokiem. Wbił widelec w kawałek soczystej brzoskwini, maczając ją w czekoladzie.
Drzwi wypadły z zawiasów, a ich szczątki z głośnych łomotem uderzyły w kamienną posadzkę. Dagda odruchowo puścił widelczyk i czekolada opryskała mu koszulę. Podniósł niepewnie wzrok, napotykając niebieskie oczy Belenusa, w których szalała teraz burza.
Wiatr słoneczny przeszedł przez jadalnie, spychając wszystko ze stołu, a Króla Bogów wysyłając na zdobioną mozaiką ścianę. Uderzył o nią mocno głową, powoli osuwając się na podłogę. W ostatniej chwili uchylił się przed lecącą w jego stroną żelazną zbroją. Zmrużył oczy, próbując zlokalizować wściekłego Władcę. Belenus stał pośrodku małego tornada, wiatr słoneczny szalał wokół niego z niesamowitą szybkością.
Dagda zaklął, widząc, że bóg stracił kontrolę nad swoją mocą. Ból po stracie przyjaciela zamienił się w furię, przez którą Belenus nie mógł teraz kontrolować swoich umiejętności. Pragnął zemsty i krwi. A Dagda był najbliżej.
– Uspokój się i porozmawiajmy! To nie była moja wina…
– Pierwsi twierdzą, że to ty rozkazałeś Cailleach zamrozić całą Północ.
Dagda przez chwilę nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Nie wiedział. Belenus nie miał pojęcia o tym, co się stało z jego przyjacielem. Wściekał się o jego pakt ze Śnieżną Staruchą. A przecież to mógł łatwo wytłumaczyć. Odetchnął z ulgą. Bóg Słońca prędzej czy później dowie się o śmierci Indrachta. Jednak będzie miał czas, aby ochłonąć, a Dagdzie nic nie będzie grozić. Lecz gdyby złość z powodu zamrożenia połowy globu połączyła się z wściekłością po stracie przyjaciela… Dagda nie mógł dopuścić, aby ta informacja wypłynęła w tym tygodniu.
– Już tłumaczę – mruknął z zapałem, gramoląc się z podłogi. Podniósł z podłogi fotel i ostrożnie ustawił. Rozsiadł się wygodnie, z niesmakiem rozglądając się po bałaganie, jaki go otaczał. Na szczęście Belenus już w miarę się opanował i wiatr ustał. Kto by pomyślał, że zagłada druidów wywoła w jego kochanym Słońcu takie emocje?
– Chciałem zabić Diancechta – rzucił dumnie, jakby to wszystko wyjaśniało.
– I? – warknął jego towarzysz, machnięciem ręki podnosząc bogato zdobioną kanapę z posadzki. Usiadł ze skrzyżowanymi ramionami i nieustępliwym wyrazem twarzy. Król Bogów zwrócił uwagę na odstające na wszystkie strony blond kosmyki. Aż tak się spieszył wychodząc ze swojego pałacu?
– Był na Północy. Chciałem mieć pewność, że nie przeżyje, że zostanie pogrzebany żywcem pod lodową pokrywą. W takim wypadki nawet jego lecznicze zdolności go nie uratują.
– I dlatego oddałeś nasze tereny w ręce Pierwszej? – spytał spokojnie Belenus. Za spokojnie. Dagda przytaknął, z zaciekawieniem wpatrując się w twarz boga słońca, która zrobiła się momentalnie czerwona.
– Głupcze, zdajesz sobie sprawę, że Północ nie należy tylko do nas?! Największą częścią władają Nordycy! Namieszałeś na ich terytorium, nie zdziwię się, jeśli wypowiedzą nam wojnę. Jesteśmy rozbici wewnętrznie, nie stać nas na kolejną batalię z innym panteonem!
– Jakoś nigdy nie przejawiali zainteresowania Ziemią… - mruknął niepewnie Dagda. Przynajmniej wiedział, co spowodowało gniew Belenusa. Lecz nie sądził, aby Odyn wypowiedział im wojnę. Nordycy nie stworzyli jeszcze swojego ludu, więc po kilku wiekach bez strat odbudują swoje terytorium.
– I módl się, aby tak zostało. Jeśli będą chcieli sprawiedliwości, bez wahania cię wydam. Masz to wszystko odkręcić. Jasne? – podniósł się ze swojego miejsca, kierując się w stronę drzwi. W Dagdzie zawrzało. Nienawidził, gdy pozostali Władcy go tak traktowali. Jakby się nie liczył.
– Mógłbyś przynajmniej podziękować. Zabiłem Diancechta, który był także twoim problemem. Twoim i Lugha. Jesteście mi coś winni.
Belenus zatrzymał się w drzwiach i spojrzał na niego kpiąco. Dagda próbował opanować emocje. Był Władcą, liczył się tak samo jak oni!
– Jesteśmy i dlatego jeszcze żyjesz. Powinniśmy cię zabić za taką niesubordynację. A tak przy okazji, skąd wiedziałeś, że Diancecht jest na Północy? – Podniósł z podłogi pusty kieliszek, który cudem przetrwał jego wybuch złości. Rozejrzał się za ocalałym dzbanem z jakimkolwiek napojem, ale nic nie znalazł.
– Indracht go namierzył i… - Dagda zamilkł, gdy zdał sobie sprawę ze swoich słów. Wypowiedział je odruchowo, nawet o tym nie myślał. Zamknął oczy, przygotowując się na kolejne pytanie. Mógł już sobie kopać grób.
– Indracht? – powtórzył zaskoczony bóg słońca. Nie widział się z najlepszym przyjacielem od miesięcy. Nie wiedział, że przebywa na ziemi. – Gdzie on teraz jest? Nie powinien się zbliżać do Diancechta, nie po tym, co się stało z Silvanusem.
Odpowiedziała mu cisza i spuszczony wzrok Dagdy.
– Gdzie on jest? – zapytał ponownie, pełen złych przeczuć.
– Wysłałem go, aby zabił Diancechta…
Belenus dalej już nie słuchał. Wysłał wszystkie swoje zmysły na poszukiwanie swojego przyjaciela. Jego oczy rozszerzyły się w szoku, gdy napotkał pustkę. I lament księżyca. Spojrzał na Dagdę, który wreszcie uniósł wzrok. Można było z niego wyczytać wszystko.
Nie miał siły, naprawdę nie miał siły. Od dłuższego czasu wszystko go przytłaczało, ale wtedy był Indracht, który zawsze wyciągał go z tej otchłanie rezygnacji. A teraz nie żył. Osunął się na kolana, leżące na podłodze odłamki szkła przecięły w kilku miejscach skórę. Ze zdziwieniem patrzył na pojedyncze krople, które spadały na kamienną posadzkę. On nie płakał, nigdy nie płakał. Był Słońcem panteonu, w jego oczach nie powinno być łez.
Dagda wstał i przezornie odsunął się za fotel. Niech przynajmniej mebel ich oddziela. W jego ręku pojawiła się maczuga, tak na wszelki wypadek. Nie widział, aby Belenus kiedykolwiek płakał. Było naprawdę źle, gdy żal zniknie będzie chciał się mścić. Diancecht nie żyje, więc pozostawał Król Bogów, który wysłał jego przyjaciela na śmierć. Gdy cisza się przedłużała, postanowił zabrać głos.
– Belenusie? – mruknął ostrożnie, cofając się jednak o krok. Widział, jak ramiona boga słońca trzęsą się mocno, twarz miał schowaną w dłoniach, spomiędzy palców wyciekały łzy. Po minucie słone krople przestały lecieć, a Belenus uspokoił się i uniósł głowę tu witrażowi, który stanowił dach sali jadalnej. Wciąż miał zamknięte oczy, a jego ciało wciąż się trzęsło.
– Belenusie?
Bóg słońca zaczął się śmiać. Był to tak histeryczny i pełen rozpaczy śmiech, że nawet Dagdę łapał za serce, choć przecież nigdy nie darzyli się przyjaźnią.
– Zabiłeś go… - oskarżył go pomiędzy kolejnymi salwami śmiech. Z oczu znów poleciały łzy. Lecz wciąż śmiał się głośno. Jeden z najbardziej przerażających widoków, jaki Dagda kiedykolwiek widział.
– Zabiłeś mi przyjaciela…
Król Bogów cofnął się o kilka kroków, rozważając otworzenie drzwi i ucieczkę z sali. Zacisnął zęby, powstrzymując swoje ciało, które chciało być jak najdalej stąd. Wyczuwało zagrożenie. Belenus podniósł się z ziemi, jego ręce zacisnęły się w pięści.
– Teraz ja zabiję ciebie – syknął, otwierając oczy. Dagda zadrżał, gdy przeszyło go nienawistne spojrzenie czarnych tęczówek. Oczy Belenusa, zawsze w kolorze bezchmurnego, radosnego nieba miały teraz odcień najciemniejszej otchłani.
Ledwo zdążył zasłonić się maczugą, odbijając cios świetlistego miecza. Belenus zatoczył się do tyłu, warknął gniewnie i zaatakował ponownie. Dagda użył kolców w swojej broni, aby unieruchomić ostrze. Z posadzki wystrzeliły korzenie, oplatając boga słońca i odciągając go do tyłu. Przynajmniej raz rolnictwo się mu na coś przydało. Rzucił się do drzwi, najwyżej nazwą go tchórzem. Jednak cenił swoje życie bardziej niż honor. Sala za nim rozbłysła, powietrze stało się zbyt gorące, aby mógł normalnie oddychać. Zatrzymał się, ciężko dysząc i odwrócił się. Belenus stał pośród spalonych korzeni, z jego oczu wylewały się strumienie światła. Skóra na policzku zaczynała pękać. Był teraz niczym Słońce i ciało tego nie wytrzymywało. Dagda zasłonił oczy przed kolejnym rozbłyskiem. Belenus wykorzystał sytuację i z prędkością światła znalazł się tuż obok. Król Bogów nie zdążył nawet unieść maczugi, gdy na jego gardle zacisnęły się palce, parząc skórę. Jak tak dalej pójdzie, to przepali mu cały przełyk i nie będzie miał czym doprowadzać powietrza do ust.
Zawył z bólu, gdy druga dłoń dotknęła miejsca, gdzie znajdowało się jego serce. Czuł smród palonych ubrań, które nie wytrzymały tego żaru. Przed oczami stanęła mu podobna scena, którą oglądał ze spokojem, sącząc wino z kieliszka. Już wiedział, jak czuł się Ostfel. Z tą różnicą, że Belenus zabił sługę szybko i prawie bezboleśnie. A nad nim się znęcał.
Przecież możesz go powstrzymać…
Męski głos rozbrzmiał w jego głowie, wysuwając kuszącą propozycję. Mógł zapanować nad Belenusem. Jego moc nie była jeszcze dokładnie dopracowana, ale wystarczy. Tylko czy poważy się na taki ruch? Czy będzie na tyle silny, aby podporządkować innego Władcę swojej woli?
– Jesteś niczym. Nic nie wartym psem, który podliże się każdemu, aby tylko pozostać u władzy. – Słowa Belenusa uderzyły w niego niczym huragan. Znów pogarda. – Poddani mają cię gdzieś, Pierwsi w ogóle cię nie zauważają, a ty wciąż kręcisz, aby utrzymać się na tronie. Nikt cię nie chce. Nikt nie potrzebuje. Śmieją się za twoimi plecami, łącznie e mną i Lughiem. Jesteś dla nas tylko marionetką, pacynką w przedstawieniu na scenie politycznej. Przecież jesteś zbyt głupi, by samemu coś osiągnąć. Idealny kozioł ofiarny. Miałeś postępować zgodnie z naszą wolą, taka była umowa. A ty zacząłeś się rządzić. A teraz przekroczyłeś granicę. Zabiłeś mi przyjaciela, mojego najdroższego przyjaciela. Teraz cię zabiję. A wiesz, co jest najlepsze? Nikt nie będzie po tobie płakał.
On tobą gardzi… Wszyscy tobą gardzą… Pokaż im, jaką potęgę posiadasz… Zmuś do uległości… Przestań być NIKIM…
Dagda zignorował ból i sięgnął w głąb siebie, gdzie spoczywała potężna, uśpiona moc. Uwolnił ją na próbę, a mała iskierka od razu podążyła do Belenusa. Wyczuwała w nim moc życia, mogła nim władać. Czując, jak jego skóra topi się w uścisku przeciwnika, zdjął wszystkie blokady. Widział jak nowa moc wypływa z niego i tworzy nici, owijając się wokół Belenusa. Nici niewidoczne dla wroga. Linki, za które to on będzie pociągał.
Belenus poczuł opór. Najpierw delikatny, następnie coraz mocniejszy, aż musiał się podporządkować. Puścił Dagdę i odsunął się o kilka kroków, choć miał ochotę wyrwać mu serce. Nagły ból głowy sprawił, że skulił się na ziemi, próbując go w jakikolwiek sposób zniwelować. Czuł czyjąś obecność w umyśle, naciskającą na niego, każącą mu się poddać. Wiedział, że jeśli to zrobi, stanie się bezwolną marionetką, którą można łatwo kierować. Nie będzie panował ani nad swoim ciałem ani nad duszą. Spojrzał na Dagdę, który, choć poraniony, stał nad nim z pełnym satysfakcji uśmiechem, dysząc z wysiłku. Próbował podnieść rękę, aby oślepić przeciwnika, ale ta ani drgnęła.
Dagda opadł ciężko na posadzkę, z zachwytem wpatrując się w efekt swojej nowej umiejętności. Jeszcze tylko musi złamać jego umysł i gotowe.
– Dalej, przyjacielu, stań się nikim – mruknął cicho, wpatrując się intensywnie w błękitne tęczówki. Widział w nich przerażenie i niezrozumienie, które napawały go radością.
Jest twój…
Belenus poczuł obecność trzeciej osoby, która bez trudu zburzyła jego mury.
Jego umysł roztrzaskał się na tysiące kawałeczków.
Jeszcze jeden, Królu Bogów…. Teraz kolej na Lugha…

***

Męski, melodyjny śmiech odbił się od skał i zniknął wśród piasków pustkowia. Kobieta uniosła głowę znad ogniska i odłożyła czaszkę, która służyła jej za puchar. Wstała płynnie i podeszła do ukochanego, który wpatrywał się z fascynacją w mroczne niebo.
– Coś się stało?
Luthias odwrócił się, a jego usta wygięły się w szerokim, diabolicznym uśmiechu.

– Nic ważnego. Po prostu moja marionetka stwierdziła, że chce zostać marionetkarzem.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
W wielkim skrócie: rozdział jest niesprawdzany. Nie mam na to teraz czasu, i tak wstawiam go tylko dlatego, że wyjazd przesunął się o jeden dzień i udało mi się go dokończyć. Wydaje mi się, że jest taki bez polotu. Miałam na niego pomysł, ale realizacja okazała się trudniejsza, niż myślałam. Chyba po prostu miałam za długą przerwę w pisaniu i dlatego męczyłam się, pisząc to. Jak wyszło - sami oceńcie.
Pozdrawiam i życzę udanych wakacji,
Mentrix
Mia Land of Grafic